Informacje

Informacja (27.10.2015)
(patrzcie na dół)

24 sierpnia 2014

I. Green eyes

Kilka słów wstępu... Zabierałam się za to opowiadanie od prawie roku. Na razie powstał zaledwie początek historii, ale może jak będę na bieżąco publikować, to jakoś zwiększy się motywacja.
Jest to historia w pewnym sensie dla mnie ważna, zaczęła się wraz z jednym z bardziej istotnych dla mnie etapów i wrzucam w nią gromadzone cały czas wątki z własnego życia, dlatego zależy mi na doprowadzeniu jej do końca.
Wiem, że takich Larry ff było już mnóstwo zapewne, ale czułam potrzebę napisania tego. To takie moje wyzwanie, które chciałabym wypełnić.
Mam nadzieję, że się spodoba.

*


Mnóstwo mniejszych i większych reflektorów migało na przemian różnymi kolorami, stanowiąc jedyne źródło światła w zatłoczonym klubie. Północ wybiła już dawno, każdy przeciętny mieszkaniec Londynu z głową wtuloną w poduszkę śnił o niestworzonych rzeczach, ale tutaj ludzie nieumęczeni ocierali się o siebie w dzikim niby-tańcu, skakali w rytm muzyki z podniesionymi rękoma i chyba nie można było wskazać osoby, która miała we krwi mniej niż pół promila alkoholu. Grupa dziewczyn zapiszczała na pierwsze nuty ulubionej piosenki i zostawiając torby i drinki przy stoliku, rzucił się na parkiet. Przy barze oparty o ladę stał szatyn ze szklanką whisky w ręku i skanował otoczenie w poszukiwaniu potencjalnych „towarzyszy” na dzisiejszą noc. Nie żeby miał jakieś niecne plany, ale czy nie prawdą jest, że jak się bawić to na całego? Bo w innym wypadku zabawa pozbawiona jest sensu, jeśli musi być ograniczona.
– LOU! – Wrzask zdzierający gardło z ledwością przedarł się przez dyskotekowy gwar do jego uszu. Wkrótce potem zobaczył wyłaniającego się z tłumu chłopaka o ciemnej karnacji. – Stary, mega impreza!
Louis zmierzył go wzrokiem – jego przyjaciel ledwo stał na nogach, co nie wróżyło niczego dobrego, zwłaszcza, że w trzęsącym się uścisku trzymał kolejny kufel zimnego piwa – sam starał się więc wyglądać na trzeźwiejszego z nadzieją, że czeka go mniejszy kac niż co poniektórych. Już teraz mógł współczuć temu młodemu dresowi, który wisiał z głową nad sedesem od jedenastej. Chociaż podejrzewał, że to współczucie nie było do końca szczere; w końcu każdy sam odpowiada za swoje błędy. Miał tylko nadzieję, że nie będzie zmuszony rano zawędrować do sklepu po colę i tabletki dla Zayna. Albo co gorsze, dla siebie.
Upił łyka trunku z własnej szklanki i poklepał kolegę po plecach.
– Tylko się nie skończ za szybko, bo zostajemy do końca, słoneczko – uśmiechnął się do Zayna złośliwie. Ten w odpowiedzi szturchnął go w bok, prawie wywracając się przy tym. Jako że Louis też był nieźle wcięty, oboje wybuchli niepohamowanym śmiechem, jakby usłyszeli dobry dowcip. Brzuch bolał go od śmiechu i przez chwilę przyszło mu do głowy, że bardziej niż kaca powinien się obawiać zakwasów.– Kurwa, jak my wrócimy do domu... – wydyszał, nie mogąc złapać tchu.

Nie wrócili. Przynajmniej to była jedyna myśl, która uformowała się w zatęchłym od alkoholu mózgu Louisa. Już po chwili zdał sobie sprawę, że o dziwo nie odczuwał żadnych negatywnych skutków wczorajszej imprezy. W przeciwieństwie do Zayna – był pewny, że to te nieprzyjemne dźwięki dochodzące z toalety go zbudziły.
– Hej, chłopie – wymamrotał, niepewnie przekraczając próg łazienki. – Coś ty z sobą zrobił, hm?
Zayn popatrzył na niego spod byka i w odpowiedzi gwałtownie pochylił głowę z powrotem nad sedesem. Wszystko dookoła było w opłakanym stanie, od samego przebywania w zdewastowanej klubowej toalecie robiło się niedobrze i Louis podejrzewał, że nie zmieniłoby się to nawet, gdyby miał zawiązane oczy i zatkany nos. Przykucnął na podłodze w miejscu, które wyglądało na najmniej pokryte niezidentyfikowanymi substancjami i przeczekał, aż Zayn skończy. Potem zarzuciwszy na siebie jego ramię, zadzwonił po taksówkę i przeklinając w myślach (a od czasu do czasu i na głos) całą ideę imprezowania na taką skalę, wyprowadził go na zewnątrz. Świeże, chłodne powietrze owiało im twarze w tak przyjemny sposób, że zaczął się zastanawiać, dlaczego nie mogli zasnąć po prostu tutaj, przed klubem zamiast w nim. Ale czego oczekiwać, skoro pewnie nie byli w stanie zapamiętać – a co dopiero pokonać – innej trasy niż do lady barowej i z powrotem. Louis wciąż miał dziury w pamięci, kiedy myślał o wczorajszej nocy, ale z tego, co potrafił sobie przypomnieć, nie było tragedii. Był na dziewięćdziesiąt, a może i nawet dziewięćdziesiąt trzy procent pewny, że nie zrobił nic głupiego, po odbiór czego każą mu się zgłosić za dziewięć miesięcy. Głównie dlatego, że był gejem. No i wcale nie wypił tyle, ile by się wydawało.
– Tylko żebyś mi nie zarzygał tapicerki – mruknął taksówkarz, kiedy Zayn już o własnych siłach, ale nadal wręcz zielony na twarzy, wszedł do pojazdu.
Na szczęście udało im się dojechać do mieszkania bez żadnych ekscesów. Chcąc nie chcąc Louisowi natychmiast włączył się tryb pielęgniarki z izby wytrzeźwień – wmusił w Zayna kanapkę z jakąś wędliną, poczęstował aspiryną i wygonił go pod prysznic.
Podczas gdy z łazienki dochodziły dźwięki lecącej wody i upuszczanego co chwilę mydła, Louis omiótł wzrokiem salon. W ciągu miesiąca, który tu spędzili, miejsce to zamieniło się w istne pobojowisko. Żaden z nich nie był fanem sprzątania, to też na każdym kroku można było natknąć się na jakieś śmieci, papierki, butelki, puste kubki, a podłoga była tak brudna, że już dawno zaczęli chodzić po domu w butach, bo inaczej nigdy by nie doprali skarpetek (o ile robiliby pranie). Siedząc tak bezczynnie, o mały włos nie wstał i nie zaczął wycierać kurzy na półkach zgarniętą z krzesła koszulką, ale nagle przypomniało mu się coś. Zerwał się z miejsca i zapukał donośnie do drzwi od łazienki.
– Mam nadzieję, że pamiętasz, co mi obiecałeś, bo właśnie przyszedłem wzbudzić w tobie wyrzuty sumienia!
Drzwi otworzyły się przed jego osobą zanim zdążył wznowić pukanie, a Zayn wrócił do wycierania zawiniętą w ręcznik stopą pokaźnych kałuż na kafelkach.
– Stary… Cholernie cię przepraszam, ale nie ma opcji, żebym cię zawiózł dzisiaj do Doncaster – oznajmił ze skruchą, pocierając ręką kark i nie spuszczając wzroku z płytek.
Louis westchnął głośno i oparł się o zlew.
Na początku tygodnia mama dzwoniła do niego i mówiła, że w sobotę wraz z Markiem jadą na rozprawę dotyczącą tego wypadku. Pół roku temu ktoś nieumiejętnie parkował pod sklepem i zmiażdżył maskę ich nowego chevroleta. Mark chciał odpuścić, ale mama jak zwykle uparła, musiała dopiąć swojego. Uśmiechnął się, kiedy o tym opowiadała, bo ta sytuacja idealnie ukazywała, po kim on sam odziedziczył charakterek. W każdym razie prosiła go, żeby przyjechał na ten weekend do domu. Ktoś musiał zostać z siostrami, skoro nie będzie ich cały dzień, a znając życie i noc. Zayn zaproponował, że go zawiezie, bo nie chciał zostawać sam w mieszkaniu (zostałby wtedy obarczony obowiązkiem sprzątania, z którego i tak żaden się nie wywiązywał), na co Louis zgodził się z ulgą. Sam nie posiadał własnego auta, odkąd policja prawie zabrała mu prawko za jazdę po pijaku (udało mu się tylko i wyłącznie dlatego, że policjant był dobrym znajomym, ale i tak mama z Markiem stwierdzili, że przyda mu się przerwa od jeżdżenia), a autobusy zmieniły trasę i zaczęły jeździć okrężną drogą i z trzema przesiadkami. Pozostawało mu tylko jedno.
Pociągi nie należały do jego ulubionego środka transportu, ale cóż, nie miał innego wyjścia niż wrócić do nawyków przedprawkowych.

Nigdy nie był przesadnie punktualny, toteż nie zdziwił się ani trochę, gdy okazało się, że za dziesięć minut odjazd, a on dopiero wyszedł z mieszkania. Puścił się biegiem w stronę dworca. Już zdążył zapomnieć, jakie są uroki kolei. Kiedy pociąg się spóźnia, ty musisz czekać, ale jeśli to ty nie zdążysz na czas, możesz najwyżej pomachać odjeżdżającemu konduktorowi środkowym palcem. Jak zwykle o mały włos się nie spóźnił i jak zwykle, kiedy już wszedł do wagonu, większość przedziałów była zajęta. Po przemierzeniu korytarza wzdłuż dwukrotnie – tak dla pewności – pogodził się z myślą, że będzie musiał spędzić całą podróż w przejściu, co chwilę wstając i ustępując miejsca wychodzącym ludziom. Wtedy właśnie zauważył, że ostatni przedział był niemalże pusty. Z ulgą na twarzy przesunął toporne drzwi i zerknął do środka.
– Można?
Pasażer siedzący przy oknie przytaknął tylko, nie przerywając pisania, ale po chwili uniósł głowę znad zeszytu i lekko speszony wstał zapewne z zamiarem zgarnięcia torby i płaszcza rzuconych na siedzenia naprzeciwko. Kiedy jednak to zrobił, z kolan zsunął mu się ów zeszyt i zawartość wrzucona luzem między strony rozsypała się po podłodze. Kucnął i pospiesznie, jakby zdenerwowany, a może i trochę wystraszony, pozbierał kartki, na których treść Louis nie zdążył zwrócić uwagi. Zwrócił za to uwagę na burzę czekoladowych loków okalających chłopięcą twarz i na duże, intensywnie zielone oczy, które spoglądały na niego z zakłopotaniem, kiedy i on chciał się schylić, żeby mu pomóc. Chłopak włożył kartki z powrotem do notesu, przeniósł kurtkę na fotel obok siebie i założywszy zębami zakrętkę pióra na jego drugi koniec, wrócił do pisania.
Louis położył czarną torbę treningową na górną półkę bagażową, po czym zajął miejsce po drugiej stronie przy drzwiach.
Co za dziwak, pomyślał, obserwując kątem oka, jak w skupieniu, ale z niespotykanym spokojem na twarzy, zapisywał kolejną stronę. Wyglądał, jakby jego obecność tutaj wyznaczało jedynie ciało, bo myślami na pewno był daleko stąd.
Kiedy kontroler skasował bilet Louisa i wrócił do pierwszego wagonu, żeby po odjeździe z najbliższego przystanku zrobić następną rundkę po pociągu, Louis odezwał się po raz drugi:
– Masz może ognia? – Znów odpowiedziała mu cisza, ale nie było też żadnej reakcji poza nieustającym skrobaniem w zeszycie. – Ej, ty! Mówię do ciebie.
Chłopak sięgnął do kieszeni szerokiej, fioletowej bluzy wkładanej przez głowę i na wyprostowanej ręce wyciągnął w jego stronę zapalniczkę. Louis przejął ją i obróciwszy kilka razy w palcach, sam wyjął paczkę złotych marlboro.
– Chcesz?
– Nie palę. – Głos chłopaka był lekko zachrypnięty, ale głęboki, co nieco zdziwiło Louisa; i to podwójnie, bo po pierwsze, nie liczył nawet na odpowiedź, a po drugie, zważywszy na jego delikatne rysy, spodziewał się bardziej dziecięcego tonu.
– A nosisz zapalniczkę pod ręką? – mruknął bardziej do siebie, odpalając papierosa i nawet nie zastanawiając się czy podróżnikowi obok przeszkadza, że pali w przedziale pociągowym. – Jedziesz do Manchesteru?
– Nie.
– A dokąd, jeśli można wiedzieć?
Uniósł końcówkę pióra do ust i wzniósł oczy, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Donikąd – i uprzedzając jego pytanie, dodał: – lubię jeździć pociągiem.
– Żartujesz? Ten rzęch ledwo jedzie. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle stanął w środku drogi i kazaliby nam iść pieszo do najbliższej stacji. – Przerwał na chwilę, by ściągnąć bucha i powoli wypuścił dym przez okno, napawając się odprężającym uczuciem, jakie niosło ze sobą palenie papierosa. – Kiedyś, jak wracałem na święta do domu, to pociąg zatrzymał się na pół godziny, a potem zaczął się cofać. Rozumiesz? Cofać… Jak w jakiejś cholernej Somalii.
– Podejrzewam, że w Somalii nie ma kolei.
– Ale są wielbłądy. No przecież jakoś muszą jeździć do pracy...
Chłopak mimowolnie parsknął śmiechem, ukazując dwa dołeczki w policzkach. Louis poczuł, jak zalewa go fala gorąca, ale nie dał po sobie nic poznać. Był, kurwa, taki uroczy, kiedy się uśmiechał.
– Naprawdę sądzisz – powiedział powoli, zamykając notatnik i odkładając go na półkę pod oknem – że w Somalii głównym środkiem transportu są wielbłądy?
– Bardzo śmieszne! Przecież nie mówię, że zdają wielbłądzie prawo jazdy w kategoriach wielbłąd jedno– albo dwugarbny – fuknął Louis, zakładając ręce na piersi po tym jak pstryknął niedopałek za okno. – Po prostu widziałem na filmie…
– Jesteś zabawny. – Chłopak zmrużył oczy, a jego twarz złagodniała pod uśmiechem.
Louis nie widział akurat nic śmiesznego w tym, co powiedział, ale lubił być w centrum zainteresowania, dlatego nie przeszkadzało mu to. Od zawsze należał do szkolnej „elity”, nawet jako pierwszoklasista szybko zaaklimatyzował się i zapoznał ze starszymi. Miał w sobie coś, co przyciągało uwagę ludzi, nikt nie mógł przejść obok niego obojętnie. Z tego powodu połowa szkoły go uwielbiała (głównie dziewczyny), a połowa nienawidziła (głównie chłopaki tych dziewczyn) i jemu jak najbardziej odpowiadał taki układ.
Może był przyzwyczajony do innej, bardziej sprecyzowanej reakcji na jego własną osobę, a może po prostu łaknął uwagi tego nieznajomego, jednak coś w nim drgnęło, kiedy kędzierzawy chłopak po wypowiedzeniu ostatnich dwóch słów, otworzył swój notatnik i ponownie przytknął stalówkę do białego papieru, ignorując go całkowicie, jakby ta rozmowa nigdy się nie odbyła. Było coś intrygującego, wręcz hipnotyzującego w sposobie, w jaki trzymał pióro i z lekko zmarszczonymi brwiami zapisywał kolejne linijki jak natchniony powieściopisarz (chociaż kto go tam wie) i Louis poczuł się przy nim dziwnie zwyczajny i szary, wypłukany z wyjątkowości. Tknęło go nawet z tego powodu ukłucie czegoś na wzór zazdrości. Jego zachowanie było zupełnie irracjonalne, bo zdawał sobie sprawę z tego, że jest to tylko jedna z wielu osób, które przewinęły się przez jego całe życie na krótki czas bez większego wpływu na nie, na tym samym poziomie co przechodzień na ulicy albo kasjer w supermarkecie.
– Co ty tam piszesz, książkę? – zapytał z lekką irytacją, ale i zaciekawieniem, podejmując jeszcze jedną próbę utrzymania konwersacji. Okropnie się nudził.
Pieprzyć to, powiedział do siebie w myślach, obrażając się i odwracając twarz do ściany, kiedy po raz kolejny nie uzyskał żadnej odpowiedzi ze strony nieznajomego.
Nie mógł jednak znaleźć  niczego, co skupiłoby na sobie jego uwagę – oprócz uporczywego skrobania, rzecz jasna, ale to właśnie od tego chciał odwieść swoje myśli. Czas więc zdawał się ciągnąć jak stygnący karmel. Louis zdecydowanie należał do grupy ludzi, którzy muszą być nieustannie czymś zajęci, bo inaczej energia i chęć działania sprawi, że wybuchną – w przenośni, a nawet dosłownie. Tak bardzo mu się nudziło. Błądził wzrokiem po kropkowatym obiciu foteli, układając w głowie rozmaite wzory z drobnych żółtych groszków. Zapomniał kupić papierosów i teraz, gdy tuż po odjeździe pociągu spalił dwa ostatnie, nawet tym nie mógł zając swojej umierającej w bezczynności osoby. W pewnym momencie, nie wiedzieć kiedy – chyba w trakcie testowania różnicy oświetlenia między zamkniętymi oczami a zakrytymi dodatkowo ręką – zasnął.

Wydawało mu się, że tylko na moment przymknął powieki, ale kiedy otworzył je na powrót, słońce przewędrowało na drugą stronę tak, że teraz świeciło prosto na niego przez okno w przedziale. Zamrugał kilkakrotnie i chciał poprosił nieznajomego, żeby zakrył zasłony, ale zdał sobie sprawę z faktu, że został sam.
Poczuł niemiłą pustkę w środku i dopiero po chwili uświadomił sobie, że to rozczarowanie zmieszane z głodem. Na półce przy oknie dostrzegł jednak coś istotnego. Leżał tam brązowy notatnik.
Momentalnie serce podskoczyło mu do gardła, jakby znalazł skarb na strychu u dziadków. Wyjrzał na korytarz, ale nikogo tam nie było. Przecież ten chłopak nie zostawiłby czegoś, czym był tak skrupulatnie zajęty całą podróż. Musiał zaraz tu wrócić. Minuty płynęły jedna za drugą, a Louis wciąż siedział sam w przedziale. Na którejś stacji drzwi przesunęły się za sprawą wejścia starszego pana ze śmieszną brodą, która kojarzyła mu się z Gimlim z Władcy Pierścieni. Louis był jednak tak rozdrażniony wyczekując na powrót chłopaka, że gdy mężczyzna zapytał o wolne miejsca, odwarknął:
– Tak, są. Na korytarzu.
Przez chwilę prowadził walkę na spojrzenia z zakończeniami dwóch skórzanych pasków, którymi przewiązany był notes. Zwisały z półki, bezlitośnie kusząco podrygując w rytm pędzącego po torach pociągu. Przegryzł wargę, próbując dać upust zżerającej go ciekawości. Byłoby niezręcznie, gdyby zajrzał do cudzej własności, a ów właściciel zjawiłby się w tym momencie, przyłapując go na gorącym uczynku jak rodzic nastoletniego syna na przeglądaniu stron pornograficznych. Wtedy Louis przypomniał sobie o czymś niezwykle istotnym. Przecież on nigdy nie miał sumienia. Z tą myślą jednym zamaszystym krokiem przemierzył przedział, zgarnął zeszyt i wrócił na swoje miejsce. Obrócił go kilka razy, czytając wpisane długopisem na okładce słowa, które nie miały dla niego żadnego znaczenia. W prawym dolnym rogu starannie wykaligrafowane były czarnym atramentem trzy litery: H.E.S. Nie wiedział, skąd to zainteresowanie, przecież to tylko notatnik jakiegoś chłopaka z pociągu. Z drugiej strony był taki skryty i tajemniczy, zaintrygował go do tego stopnia, że nie mógł zaprzepaścić szansy dowiedzenia się, co się dzieje w tej kędzierzawej głowie, zwłaszcza, że już nie będzie miał żadnej innej okazji ku temu. Prychnął, po raz kolejny karcąc się za zbyt rozwlekłe myślenie. Na pewno opisuje tam jakieś błahe sprawy, może to organizer szkolny, pomyślał ostatecznie i rozłożywszy nogi na fotelu naprzeciwko, ugryzł kęs batonika czekoladowego i otworzył pierwszą stronę.
Mama chciała, żebym nosił nieśmiertelnik z moimi danymi. Na wszelki wypadek, powiedziała. Nigdy nie mówi o Tym na głos, jakby To słowo było złym zaklęciem, Odmówiłem. Wiem, że martwi się o mnie, ale czuję się wystarczająco skrępowany, kiedy wszyscy traktują mnie jak porcelanową lalkę. Nie potrzebuję dodatkowo czuć się jak oznakowany pies. Oczywiście nie powiedziałem jej tego. Nie lubię, gdy jest smutna. Nie lubię się z nią kłócić. Zwłaszcza, że ona i Gemma to wszystko, co mam.
Zamiast tego poszedłem na ugodę: założyłem dziennik o Tym, żeby go nosić zawsze przy sobie i pisać. Nie wiem, co to za ugoda, ale jeśli to ma ją uspokoić, nie ma problemu. Jak byłem mały, jednym z moich nieustannie zmieniających się wymarzonych zawodów był pisarz, więc czemu nie? Taka… nieco rozwinięta wersja nieśmiertelnika. Dostałem ten notes kiedyś na urodziny, ale jeszcze wtedy moje życie było nudne i monotonne. Nadal jest, tylko w sposób nieco odmienny od przeciętnego nastolatka. Zamiast „szkoła, znajomi, nauka, Internet” jest szpital, badania, tomograf i umartwione mama z siostrą. Znaczy, chodzę do szkoły, a przynajmniej staram się. Często muszę gościć nauczycieli u siebie w domu, kiedy mój stan się pogarsza. Nie pamiętam, ile razy pokłóciłem się o to z mamą. Ona uparcie twierdzi, że powinienem na siebie uważać, załatwia mi najlepsze nauczanie indywidualne, a ja… cóż, chciałbym po prostu wrócić do szkoły. Haha, nigdy nie pomyślałbym, że takie słowa wyjdą spod mojego pióra. Ale nawet czterdzieści pięć minut słuchania nudnego wywodu na temat strategii i polityki zagranicznej Churchilla jest lepsze niż ten sam czas spędzony w poczekalni, oczekując na wyniki. Byłem tam tyle razy, że nawet zdążyłem policzyć wszystkie kafelki w korytarzu, który nie wiedzieć czemu nie pokrywa tradycyjne linoleum. Swoją drogą – jest ich 318. Sprawdzałem dwa razy, dla pewności.
Ludzie mówią, że życie z chorobą jest ciężkie, a ja chyba się przyzwyczaiłem do tego. Nie ma w tym nic ciężkiego, zwłaszcza jeśli wiesz, że niedługo to się skończy. Najbardziej boję się o mamę i Gems. Są dla mnie wszystkim. Czy już to mówiłem? Nawet sobie nie wyobrażam, jak bardzo żałośnie musi to brzmieć.
A co, gdybym faktycznie miał zostać pisarzem? Ciekawe, czy ktoś by w ogóle chciał mnie czytać. Nawet nie umiem porządnie zacząć dziennika. Może od nowa.
Nazywam się Harry i za pół roku umrę.
Haha, to brzmi tak dennie, że gdyby nie fakt, że to prawda, sam bym się zabił za napisanie takiego zdania.
Serce załomotało Louisowi w piersi, kiedy gwałtownie zatrzasnął notatnik, złączając obie dłonie.

Pociąg zatrzymał się z charakterystycznym przytłumionym sykiem.

2 komentarze:

  1. Czytam, czytam, czytam i zastanawiam się skąd ja to do cholery znam?!
    A tu proszę :D Przecież mi to wysyłałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Boski rozdział podoba mi się! ♥

    OdpowiedzUsuń