Informacje

Informacja (27.10.2015)
(patrzcie na dół)

28 sierpnia 2014

II. Come a little closer

Dobra, lecę z następnym, bo czemu nie.
Nie podoba mi się to, jak rozpoczęłam pewien wątek tutaj (z Markiem), ale już za późno, żeby go zmienić.
I chyba powinnam jednak napisać całość, a potem publikować, bo ciągle chcę coś poprawiać.
W sumie to nic, here we go.


– Louis, a jednak dałeś radę! – ucieszyła się mama, kiedy pojawił się w progu drzwi rodzinnego domu, ściskając go i całując. – Już zaczęliśmy obstawiać, czy w ogóle będziesz pamiętał.
– Twoja mama szukała nawet jakiejś opiekunki na craigsliście – wypomniał jej Mark, czochrając Louisowi włosy w ramach przywitania.
Louis poczuł niemiły dreszcz na plecach, który towarzyszył mu za każdym razem, kiedy doświadczał takiego zachowania ze strony jego ojczyma. Prawda była taka, że oboje się nienawidzili. Mark był jedyną osobą w rodzinie (choć Louis nie zaliczał go do swojej rodziny), która wiedziała o jego orientacji. Nigdy nikomu się nie przyznał z obawy przed odtrąceniem, a sytuacja pogorszyła się znacznie, kiedy brat mamy ogłosił, że wyszedł za mąż, jednocześnie zostając czarną owcą rodziny. Rok temu jednak Mark przyłapał Louisa całującego się z chłopakiem. Wiedział, że jego ojczym był człowiekiem o konserwatywnych poglądach, ale nie spodziewał się takiej wrogości z jego strony. Zawsze uważał go za spokojną i uprzejmą osobę, dlatego przeżył głęboką fazę szoku i rozczarowania, kiedy stosunek Marka do niego tak drastycznie się zmienił. Szybko jednak zamienił te uczucia na równą niechęć. Jak widać, każdy ma swój słaby punkt, który wywraca jego osobowość do góry nogami. Od tej pory ich relacje uległy rozerwaniu i choć wcześniej było to czymś naturalnym, Louis nigdy więcej nie powiedział o Marku jako o swoim tacie.
Jedyny powód, dla którego hamowali swoją wzajemną nienawiść stał między nimi, z ciepłym uśmiechem i błyszczącymi z radości oczami w kolorze identycznym jak Louisa.
– Mamooo – jęknął Louis i potrząsnął głową, żeby przywrócić swoją fryzurę do normalnego stanu, a zarazem wrócić myślami do rzeczywistości. Mark w międzyczasie zniknął w drzwiach od kuchni, musnąwszy po drodze ramię Johanny. – Chyba na serio powinienem ci zablokować tą stronę… Jak mogłaś zwątpić w to, że przyjadę?
Jay oblała się delikatnym rumieńcem i wydęła policzki, a następnie zmieniła temat, chcąc ukryć swoje zawstydzenie:
– A gdzie Zayn?
Zayn był zdecydowanie jej ulubieńcem. Zawsze, kiedy przyjeżdżali we dwójkę na weekend do Doncaster, wydawało mu się, że bardziej cieszy ją widok Malika niż własnego syna. Przez to chodził naburmuszony, dopóki mama nie udobruchała go jakimś swoim wypiekiem (była to rzadkość, bo pomimo niesamowitych zdolności kulinarnych, Jay nie przepadała za spędzaniem czasu w kuchni). Louisa dziwiła trochę ta bezgraniczna sympatia do młodego mulata, bo znał go od każdej strony, włączając te złe, z alkoholickim popytem i niezłomną zdolnością do wpakowywania ich dwójki w tarapaty. Jednak co się dziwić, łobuzerski uśmiech w połączeniu z błyszczącymi oczami potulnego szczeniaczka robiły swoje i Zayn doskonale zdawał sobie z tego sprawę, skurczybyk, umyślnie zabierając mu miłość rodzicielską, która powinna być przecież przelewana na Louisa.
– Och, super, przepraszam, że nie przywiozłem ci twojego ulubionego syna – drażnił się z nią, udając obrażonego, po czym dodał: – Źle się czuł. Grypa żołądkowa, czy coś. Przyjechałem pociągiem.
Mama pokręciła głową z rozbawieniem i klasnęła w dłonie.
– Och, no dobrze. Pewnie jesteś głodny po podróży, Mark właśnie zastawił stół. Idealnie trafiłeś, bo dopiero wyciągnęłam pieczeń!
– Czekaj, chwila, daj mi wejść, rozebrać się, zanieść rzeczy…
Złapał torbę w obie ręce i zanim powędrował z nią na górę, pocałował mamę w policzek.
– Tylko streszczaj się, bo ostygnie! – zawołała za nim jeszcze na odchodne.
Jego pokój wyglądał tak, jak go zostawił podczas swojej ostatniej wizyty w domu – no, z tą różnicą, że wysprzątano go niemalże na błysk. Rzucił torbę na łóżko i wyciągnąwszy komórkę z kieszeni, wykręcił ostatni numer na liście połączeń. Po czterech i pół sygnałach rozmówca odezwał się markotnie:
– Czego?
Louis roześmiał się z niemałą satysfakcją.
– Kac morderca nie ma serca?
– Jeśli ktoś tu nie ma serca to ty, znęcając się nade mną… Musisz jeszcze dzwonić i głupio się pytać?
– Tak, to na pewno moja wina, że schlałeś się wczoraj jak świnia.
Po drugiej stronie rozległo się sarkastyczne parsknięcie.
– „Malik! Masz pięć minut na ogarnięcie dupska, idziemy na melanż!” – zacytował, przedrzeźniając jego wysoki głos.
– Oj zamknij się. Zero asertywności, oto winowajca twojego dzisiejszego stanu.
– Nienawidzę cię – skwitował Zayn cierpko.
– Ja ciebie też. W przeciwieństwie do mojej mamy.
– Oo, pozdrów Jay ode mnie! Powiedz, że następnym razem obiecuję, że przyjadę.
Świetnie. Do czego to doszło, żeby jego najlepszy przyjaciel był na „ty” z jego mamą, w dodatku mówił do niej zdrobniale? Chyba powinien ostrzec Marka, że na horyzoncie pojawiła się konkurencja. To by dopiero było coś…!
Szybko odpędził od siebie te myśli, zanim jego własna zdradliwa wyobraźnia zaczęła kształtować obrazy Zayna Malika jako jego nowego ojczyma.
– Chyba śnisz – odparł z przekąsem Louis. – Dobra, stary, muszę kończyć. Aha, i pamiętaj!
– Coo znowu?
– Wiadro stoi w kuchni pod zlewem.
– Pieprz się, Tomlinson – usłyszał w odpowiedzi tuż przed tym, jak połączenie zostało zakończone.
Louis rozglądnął się po pokoju, zastanawiając się przez chwilę, co właściwie miał jeszcze zrobić, a następnie wyciągnął zawartość swojego bagażu, żeby uzyskać łatwiejszy dostęp do ubrań wciśniętych na dno. Ze środka razem z szczoteczką do zębów, ładowarką i portfelem, wypadł skórzany notes. Zamarł na ułamek sekundy, zacierając ślady na sumieniu, że zabrał czyjąś własność i jeszcze bezczelnie naruszył jego prywatność. Nie chciał jednak, żeby jakakolwiek inna osoba dowiedziała się o tym, dlatego postanowił nie zostawiać go na wierzchu i szafka nocna okazała się idealnym miejscem na ukrycie dziennika. Choć lektura kusiła go niemiłosiernie, musiał nieco ochłonąć po dotychczasowej dawce – wiedział jednak, że chcąc nie chcąc wróci do niej. Szybko przebrał koszulkę na świeżą i zbiegł po schodach prowadzony nieziemskim zapachem pieczonego mięsa.
W jadalni obradowała już cała rodzina, łącznie z dziewczynkami, które wróciły ze swoich sobotnich zajęć dodatkowych i teraz skakały z radości na widok starszego brata. Kiedy bliźniaczki tuliły go z błyszczącymi oczami, czuł się trochę winny, że nie przyjeżdża częściej do domu. Może i nie był wrażliwcem, ale dla swoich sióstr zawsze miał największe serce. Miał poczucie obowiązku stanowić dla nich wzór do naśladowania, bo wiedział, jak podziwiały wszystko, co robi i mówi. Było to trochę dziwne dla niego, bo sam czuł się wiecznym dzieckiem – nieodpowiedzialnym, rozkapryszonym, beztroskim. Nie wiedział na pewno, czy dobrze wypada w roli starszego brata.
Nie miał zbyt dużo czasu, żeby zastanowić się nad tym, bo zaraz po zakończeniu przez wszystkich posiłku, miał miejsce kolejny akt sceny z piekła rodem, jak czasem określano to, co naprawdę działo się w rodzinie.
Kiedy ostatni talerz został odstawiony do zlewu, a dziewczynki wróciły do swojego standardowego zajęcia, jakim było robienie zamieszania i sztucznego tłoku, Mark rzuciwszy okiem na zegar w kuchni, powiedział:
– Kochanie, powinniśmy się zbierać, co?
Jay odwróciła się od szafek kuchennych i sama sprawdziła godzinę. Szybko oszacowała, ile czasu zostało, a ile potrzebuje, żeby się przebrać, pomalować i spakować – jako że zdecydowali się zatrzymać u rodziny.
– Przynieś z sypialni ten segregator z papierami z ubezpieczenia. Ja tylko umyję po obiedzie i już się zbieram. – W jej głosie pobrzmiewało coś nerwowego.
Dźwięk przychodzącej wiadomości był ledwie dosłyszalny w codziennym gwarze panującym w domu. Siedzący z nogami na przeciwległym krześle Louis wyciągnął z kieszeni telefon.
Zayn: Mamy gdzies jeszcze aspiryne?
Zayn: ???
Zayn: ODPISZ DO CHOLERY
Zayn: To nie jest smieszne
Zayn: Jesli zaraz czegos nie lykne to glowa mi eksploduje i bedziesz musial sprzatac fragmenty mojego mozgu ze scian
Roześmiał się cicho. W chwili, kiedy zaczął odpisywać, poczuł na sobie uporczywe spojrzenie. Schował komórkę i podniósł się, lustrując Marka niezadowolonym wzrokiem.
– Zostaw, mamo, ja to zrobię – powiedział, siląc się na uprzejmy ton, ale nie powstrzymując się od przewrócenia oczami.
Nie chodziło o to, że nie chciał jej pomóc, po prostu wyjątkowo nie lubił, kiedy Mark wymuszał na nim takie zachowanie. Zupełnie jakby Louis nie  potrafił sam ocenić sytuacji i wyjść z inicjatywą. Oczywiście, że potrafił. Różnica była taka, że według niego, jeśli chodziło o pracę domową, jego wkład w to był wymagany rzadko.
– Nie no, przecież zdążę – wymamrotała, choć nie bardzo przekonana o prawdziwości tego zapewnienia, bo pod stanowczym spojrzeniem Louisa dodała tylko żartobliwie: – Ale nie zalej nam kuchni.
Wyjął z jej kobiecych dłoni – tak podobnych do jego – żółtą gąbkę i delikatnym ruchem bioder przesunął ją ze stanowiska przy zlewie. Jay ucałowała go w policzek ze wdzięcznością i wyszła z kuchni.
Pieniąc ozdobne „niedzielne” talerze, Louis pomyślał, że z dwojga złego lepiej sprzątać po jedzeniu niż po gotowaniu.
Kiedy zza zamkniętych drzwi dało się usłyszeć rytmiczne, cichnące wraz z wysokością kroki na schodach, stało się to, co zwykle. Oboje mogli porzucić tytuł członków idealnej rodzinki.
– Tak bardzo boli ruszyć dupę i zaproponować komuś pomoc? – odezwał się za jego plecami Mark, który ku zdziwieniu Louisa nadal siedział przy stole kuchennym. – Czy może dupa boli cię od czegoś innego?
Nienawidził tego faceta, szczerze go nienawidził. Jednak świadomość, że to mąż jej mamy – a nie chciał jej sprawiać przykrości – pozwalała mu jakoś zapanować nad objawianiem gniewu.
– Skoro tak bardzo czułeś, że ktoś powinien wyręczyć mamę, dlaczego sam tego nie zrobiłeś? – prychnął, zaciskając mocniej palce na gąbce.
– Dlatego, że przyda ci się trochę pokory. Korona ci z głowy nie spadnie, a nawet jeśli, to schylając się po nią będziesz miał bliżej, żeby obciągnąć swojemu przybrudzonemu przyjacielowi – wyszeptał tuż przy jego uchu, kiedy sięgnął po jabłko z koszyka obok.
To był impuls. Louis wypuścił talerz, który mył, do zlewu i odwróciwszy się gwałtownie, zamachnął się pięścią na stojącego za nim ojczyma. W ostatniej chwili cudem zmusił się do opuszczenia ręki. Wykonał to płynnym ruchem, więc można by pomyśleć, że jego intencje nie były wrogie. Jednak nie umknęło to uwadze Marka.
– Naprawdę, Louis? Pięścią? – Roześmiał się i przez moment wyglądał, jakby miał zamiar pokrzepiająco poklepać go po ramieniu, ale cień obrzydzenia przemknął mu przez twarz i zrezygnował z tego gestu. Dobrze, pomyślał Louis, bo to odczucie było odwzajemnione.
– Gdyby nie to, że mama jest w domu, już dawno byś oberwał – warknął w odpowiedzi, zastanawiając się, czy na pewno to wystarczający powód, żeby odpuścić. – Bo status mojego ojczyma nie usprawiedliwia cię w żadnym stopniu. Możesz wyzywać mnie za to, że jestem gejem, ale nie masz prawa mówić źle o moich przyjaciołach, ty nic nie warty śmieciu.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie z wrogością i Louis nie mógł uwierzyć, że to ten sam człowiek, który zabrał go na pierwszy mecz w piłkę nożną, a potem namówił go na treningi. W życiu by nie pomyślał, że mężczyzna, który był dla niego jak ojciec przez całe dzieciństwo, stanie się kimś zupełnie obcym tylko dlatego, że odkryje brak zainteresowania cyckami z jego strony.
W końcu Louis wyminął ojczyma i opuścił kuchnię w celu udania się do swojego pokoju. Czuł, jak wszystko się w nim gotuje, musiał jakoś rozładować tę agresję, bo inaczej groziło to wybuchem. Jeszcze zanim wszedł do swojego pokoju, odpalił wyciągniętego z kieszeni papierosa. Chowając zapalniczkę, zamknął drzwi i dwoma długimi krokami przemierzył pomieszczenie aż pod okno. Dym leniwie wypełniał cztery ściany nieprzyjemnym duszącym zapachem. Niewiele myśląc, a może chcąc niewiele myśleć o zaistniałej przed chwilą sytuacją, Louis wyciągnął z szafki nocnej zostawiony notatnik z pociągu i wyszedł przez okno na ławeczkę na poddaszu. Było to miejsce, do którego zawsze przychodził, kiedy miał zły humor i chciał pobyć zupełnie sam. Widok był odprężający, bo okna wychodziły na stronę obrzeży miasta, dlatego żadne wieżowce i nowoczesne budynki nie psuły pejzażu. Nie żeby się nim zachwycał, nie był przecież jakimś pieprzonym romantykiem. Po prostu czasem żył tak intensywnie, że wydawało mu się to za dużo jak na jedno życie, a tutaj… tu mógł na chwilę przestać istnieć.
Zaciągnął się mocno papierosem i zżerany przez ciekawość, otworzył po raz kolejny skórzany notatnik.

Czasem żałuję, że tak wyszło. Że musiałem zachorować. Że to akurat ja. Czuję, że nie przeżyłem tyle, ile powinienem, nie zrobiłem tego wszystkiego, co chciałem. Każdy śmiertelnie chory dobija się takimi myślami, więc nie jestem oryginalny. „Dlaczego ja, czym sobie zasłużyłem, nie chcę umierać”. Czasem jednak – za to karcę się w myślach – jestem w pewnym sensie szczęśliwy, że niedługo to się skończy. Nie będzie to nic zaskakującego, jeśli napiszę, że czuję się ciężarem dla najbliższych. Nie dość że psychicznym, to w dodatku finansowym. I to niemałym! Nienawidzę tego, bo wiem, jak ciężko było im zdobyć pieniądze na leczenie. A ja nie potrafiłem się za to odwdzięczyć w żaden sposób. Nawet skutecznością leczenia. Przedłużyło ono jedynie moje marne życie o pięć lat i w imię czego? Żebym mógł przysporzyć im o pięć lat więcej udręki?
Trzecim stanowiskiem, jakie przyjmuję na zmianę z dwoma poprzednimi jest kompletna obojętność.  Nigdy nie korzystałem z życia, więc co mam do stracenia? Nie będę za nim tęsknił. Prawdopodobnie nic nie będę, nie będąc.
Cholera jasna, nie wierzę, że to wszystko napisałem. Brzmię jak beznadziejny nastolatek z depresją. Może i tak jest. Depresja to skutek uboczny umierania.
Mam wyjątkowo gorzki dzień. Za piętnaście minut jadę odebrać wyniki kolejnych badań tomografii. Albo czegoś innego… Kto by zapamiętał, jakie tym razem były robione?
Louis wyrzucił niedopałek papierosa z frustracją, która zwiększyła się co najmniej trzykrotnie. Nie miał pojęcia, co sobie myślał, biorąc ze sobą ten notatnik. Że fajnie będzie dowiedzieć się cudzych sekretów? Że ciekawość to przecież nic takiego? Pieprzona ciekawość! Czasami lepiej nie wiedzieć pewnych rzeczy, takie życie preferował Louis – przymykać oczy na to, co niewygodne. Przez cały czas ta metoda sprawdzała się niezawodnie, całą swoją uwagę skupiał na własnych problemach, bo przecież co miał zrobić z problemami innych ludzi? Teraz na własne życzenie jego „poważne problemy” zmalały do rozmiaru ziarenka maku. Najbardziej frustrowało go uczucie bezsilności. Bo choć z całego serca chciałby coś z tym zrobić, nie może zrobić nic.
Nigdy nie wierzył w żadne figle losu, siły pozaziemskie czy przeznaczenie, ale kiedy ciepły wiatr zawiał i przewrócił kartki na stronę tytułową, całą swoją uwagę poświęcił na wpatrywanie się w rządek jedenastu cyfr, które były jak zaczarowane, bo mógłby przysiąc, że wcześniej ich nie zauważył. Bezwiednie wyciągnął komórkę i wpisał numer w pole nadawcy wiadomości, starając się wymyślić jakąś sensowną jej treść, pomimo zagłuszającego myśli łomotu serca. Zawsze stawiał jednak na spontaniczność, dlatego wytypowawszy parę słów, wcisnął „Wyślij”, zanim zdążył się rozmyślić.
Ja: gdybys sie zastanawial, to czego prawdopodobnie szukasz zostawiles w pociagu. a gdzie zostawiles glowe?
Kiedy przeczytał tę wiadomość jeszcze raz, palnął się w czoło. Dlaczego nie mógł napisać czegoś normalnego, w stylu „znalazłem twój notatnik w pociągu, mogę ci go oddać”? Jasnoszary tik obok potwierdzał jednak, że i tak było już za późno na zmianę, dlatego też wyciągnął kolejnego papierosa i oparł plecy o dachówki, kładąc nogi w górze na ławeczce.

2 komentarze:

  1. łaaa, uwielbiam Twój styl pisania, jest taki lekki, przyjemnie się czyta. ale to już wiesz już to kiedyś mówiłam. XDD
    ciekawie się zaczyna i czekam już na kolejny rozdział bo kurde korci i już chcę wiedzieć co będzie dalej.
    teraz całą noc będę miała pięć milionów scenariuszy co mu odpisze Harry o ile w ogóle odpisze, waaaa nienawidzę Cię czasami sdvjdfuivfdu XD
    czekam czekam czekam, siedzę jak na szpilkach bo nie wiem kolejny rozdział ;<
    eh, muszę być cierpliwa XD
    weny Monik by Ci nie zwiała :D
    Yoruzaur <3

    OdpowiedzUsuń
  2. masz cudowny styl pisania, naprawde
    duzo sie dzieje niby ale czyta sie to nie czujac przytloczenia duzą iloscia zdarzen
    bede czytac pewnie do rana, wiec do.. następnego komentarza <3

    OdpowiedzUsuń