Informacje

Informacja (27.10.2015)
(patrzcie na dół)

13 października 2014

VI. All you ever wanted

Tyle czasu opóźnienia i napisałam takie gówno. Wybaczcie.
Jeśli to kogoś pocieszy, zawalam właśnie kolejny sprawdzian z polskiego (i tak bym zawaliła, jak nie przez pisanie ff, to przez czytanie ff).

*


– Harry! Gdzieś ty się włóczył?!
W przedpokoju stała czarnowłosa kobieta z rękoma opartymi na biodrach i surowym spojrzeniem wlepionym uparcie w Harry’ego. Przez chwilę wyglądała na naprawdę wściekłą, jakby zaraz miała zacząć krzyczeć i awanturować się, ale Harry wiedział, że pod tą powłoką kryje się zmartwienie. Po minucie ciszy, kiedy zniknęła zmarszczka między brwiami, jej twarz złagodniała. Opuściła ręce i zbliżywszy się do niego, zamknęła go w czułym, troskliwym uścisku.
Harry pogłaskał ją po plecach i zaraz wyswobodził się z jej ramion. Przykucnął i rozsznurowując trampki, mruknął:
– Przepraszam, ja tylko...
– Był w kinie, mówiłam ci – weszła mu w słowo Gemma, która pojawiła się nagle znikąd, oparta o framugę drzwi prowadzących do salonu i bezwiednie nawijała kosmyki długich blond włosów na palce.  – Sama go zaprowadziłam.
– To dlaczego z nim nie zostałaś? – Anne zwróciła się w stronę córki.
– Mamo, on ma szesnaście lat – przypomniała Gemma, wywracając oczami i odwróciwszy się na pięcie, skierowała swoje kroki ku kanapie. – Nie trzeba go non stop pilnować.
– Ale tu chodzi o jego zdrowie, na litość boską! – zawołała mama i podążyła za nią. – A jakby mu się coś stało?
– Ale nic mu się nie stało.
– Nie bądź taka nierozważna, powinnaś go była pilnować...
Korzystając z tej chwili nieuwagi, Harry wymknął się do swojego pokoju, zanim wplątały go w rozmowę. Nie lubił słuchać ich kłótni, zwłaszcza jeśli dotyczyły jego samego. Bał się jednak odezwać, bo nie chciał sam angażować się w spory rodzinne. Później spróbuje porozmawiać z mamą i wyjaśnić jej sprawę.
Opadł bezwładnie na łóżko i wlepił wzrok w sufit. Nie było w nim nic ciekawego, oprócz kilku świecących w ciemności gwiazdek, które przyczepił tam, gdy był dzieckiem. Mimo to wpatrywał się w niego z takim skupieniem, że ktoś mógłby pomyśleć, że ma zawieszony na górze ekran telewizora. Myślami był jednak zupełnie gdzie indziej. Z dala od tego hałaśliwego miasta, od umartwionej mamy i siostry, od samotności, szpitali i słabego ciała. Błądził gdzieś daleko, wymyślając niestworzone rzeczy i historie, które mogłyby się wydarzyć, gdyby jego życie nie było tak ograniczone.
Może mógłby zostać pisarzem albo podróżnikiem? Może kupiłby własnego busa i jeździł po całym świecie, opisując wszystko w swoich dziennikach? Zawsze marzył o dalekich podróżach, o poznaniu innego świata, innej kultury, o wyjrzeniu poza to, co znał od urodzenia. Nie rozumiał, czym tak zawinił, że los nie podarował mu szansy na normalne życie, nie otworzył przed nim standardowego zasobu możliwości, a zamiast tego otrzymał życie z mocno ograniczonym pakietem. Z wielką chęcią poszedłby do normalnego liceum, na studia, do pracy, założyłby rodzinę, może i nawet wybudowałby kiedyś dom na wsi, gdzieś w środkowej Europie, gdyby pojawiłaby się okazja na dobrą pracę za granicą...
Ze wszystkich rzeczy, które Harry mógł robić, najbardziej lubił spędzać czas, myśląc o przyszłości. O tym, w jaki sposób by ją zaplanował, gdyby miał szansę planować, a nie tylko marzyć.
Może mógłby mieć mnóstwo przyjaciół, być lubianym, pełnym energii, otwartym... szczęśliwym?
Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi i nie czekając na odpowiedź do środka weszła Gemma. Bez słowa przemierzyła pomieszczenie i rozsiadła się na krześle obrotowym przy biurku. Okręciła się na nim dookoła i zatrzymała krzesło tak, że zwrócona była twarzą w stronę Harry’ego.
– No więc? – zapytała, unosząc w oczekiwaniu prawą brew.
– No więc co?
– Nawet mnie nie denerwuj. Opowiadaj. Co takiego się stało, że musiałam narażać swoją opinię dobrej córki i ryzykować kłamstwem?
– „Opinię dobrej córki”? – sarknął Harry.
– Och, zamknij się.
Wszyscy wiedzieli, że Gemmy – choć była przy nich cały czas, kiedy jej potrzebowali – nie można było utożsamiać z wzorową córeczką, która nosi długie spódnice, warkocze i mówi wszystkim sąsiadom dzień dobry na ulicy.
– Okej.
– Nie, nie zamykaj się, noo, powiedz mi!
Harry roześmiał się. Na twarzy jego siostry malowała się zżerająca ją ciekawość.
– Poznałem ostatnio kogoś...
– Wiedziałam! – wykrzyknęła z satysfakcją.
– Hej, daj mi skończyć, zanim sobie dopowiesz całą resztę! – fuknął Harry, machając ręką w jej kierunku.
– No dobra, mów.
– Właściwie to bardziej on mnie poznał.
I opowiedział jej całą historię. Mimo swojej skrytości, wlepiając wstydliwie wzrok we własne dłonie, nie szczędził jej szczegółów, bo w końcu to jego siostra i mógł jej powiedzieć wszystko. Mówił, a ona mu nie przerywała, tylko siedziała zasłuchana ze skupioną miną. W sytuacji, gdyby obserwował ją taką jako osoba trzecia, zacząłby się śmiać i dokuczać jej, bo było to do niej zupełnie niepodobne. Gemma nigdy nie była wybitnym słuchaczem, zwykle co rusz wtrącała się do czyjegoś monologu ze swoim komentarzem, nawet najmniejszym prychnięciem czy masą zniecierpliwionych: „no, no, i co dalej? a on co na to? no mów, mów!”.
Kiedy Harry skończył, w odpowiedzi zapadła krępująca go cisza. Opętał go irracjonalny strach, że Gemma nie przyjęła tego pozytywnie. Niemalże szykował się psychicznie na nieprzyjazną reakcję z jej strony. Był przekonany, że siostra zaraz zacznie mu wytykać jego lekkomyślność, powie, że nie powinien się z nikim spoufalać, bo przecież mają na głowie za dużo rodzinnych problemów i w dodatku to może źle wpłynąć na stan jego zdrowia, że najważniejsza powinna być dla niego rodzina.
Ale Gemma tylko uśmiechnęła się ciepło i skomentowała:
– Cieszę się, że znalazłeś przyjaciela.
I Harry odwzajemnił uśmiech z ulgą.

Jako że zima coraz bardziej dawała się we znaki, każdego dnia słońce wstawało później, to te najciemniejsze poranki były wyjątkowo kojące i na swój sposób niesamowite. Ciężko marnować je w łóżku i zamykać oczy na to piękno, dlatego Harry już o wpół do siódmej siedział z zamkniętą książką na kolanach w kuchni na parapecie dużego, przejrzystego okna, przez które ukazywała się panorama ospałego jeszcze miasta. Chłopak od zawsze był rannym ptaszkiem i wczesne pory nie były mu straszne.
Nie spał już od dłuższego czasu, zdążył już nawet doczytać książkę, którą pożyczył ostatnio od Gemmy. Nie żeby miał w zwyczaju czytać głupie babskie romansidła. Biblioteka była zamknięta, więc wziął z domu pierwsze, co mu wpadło w ręce, a potem już nie mógł odłożyć, zanim nie dowiedział się, co się stało z Heathcliffem i czy pozbierał się po śmierci ukochanej Cathy. (Jak to dobrze, że i tak nie mam życia towarzyskiego, bo byłbym w nim zniszczony, pomyślał, kręcąc głową z politowaniem nad sobą samym).
Tego dnia świt rozpoczął się wraz z przesunięciem się małej wskazówki zegara na siódemkę i jak na jesień był naprawdę urzekający. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu gęsto zabudowanego terenu miejskiego, a jego ciepłe promienie wpadały przez okno do kuchni. Harry obserwował tańczące w świetle drobinki kurzu i zacisnął mocniej dłonie na twardej okładce książki, kiedy usłyszał kroki dochodzące z sypialni mamy.
Już wstała, co oznaczało, że wcale nie zapomniała o dzisiejszych badaniach.
A miał taką nadzieję...
Zeskoczył z parapetu i odłożywszy książkę na stół, zabrał się za szykowanie śniadania dla mamy. Dla siebie i Gemmy miał zamiar zrobić, jak wrócą, bo jego siostra dziś ma zajęcia na popołudnie, co oznaczało, że spędzi jak najwięcej pozostałego jej czasu w łóżku.
– Hej, skarbie – odezwał się przyciszony, delikatny głos za jego plecami, kiedy właśnie smażył jajka.
Anne podeszła do syna i ucałowała go w policzek, a następnie wzięła głęboki wdech przez nos.
– Mmm, ale cudnie pachnie – zachichotała. – Ale wiesz, że nie musiałeś robić mi śniadania. Mogłam zjeść później z wami.
– Mamo. – Harry odwrócił się w jej stronę z rękoma założonymi na biodrach. – To, że ja muszę iść na te badania na czczo, nie znaczy, że masz mi w tym towarzyszyć.
Co prawda wczoraj wieczorem zapomniał o normalnej kolacji i poza dwoma kęsami ciasta, które udało mu się wyszarpać z łapczywych rąk Louisa, nie jadł nic. Dlatego też, gdy nakładał mamie na talerz przygotowane danie, czuł okropnie uporczywe ssanie w żołądku. Nie była to jednak pierwsza taka sytuacja, więc był przyzwyczajony do tego. Wiedział, że przecież nie umrze, jeśli nie zje śniadania od razu po przebudzeniu.
Usiadł przy stole naprzeciwko Anne i nalał sobie do szklanki trochę wody, żeby pozbyć się nieprzyjemnego posmaku z ust.
– No, to może ty mi powiesz chociaż prawdę, gdzie się wczoraj podziewałeś? – zagadała Anne, manewrując widelcem na swoim talerzu.
– W k-kinie. – Harry przełknął ślinę zupełnie zaskoczony jej nagłym pytaniem. Nie zdążył jeszcze ustalić sam ze sobą, ile jej powiedzieć. Nie mógł przecież przyznać się, że urządza sobie wycieczki pociągiem z miasta do miasta. Mama przykułaby go na stałe do grzejnika w pokoju i tylko sprowadzała lekarza do domu na badania kontrolne. Żeby nie pozwolić jej brnąć dalej w temacie, odsunął się od stołu wraz z krzesłem i wstając, rzucił zapeszony: – Idę umyć zęby.
Odstawił jeszcze do zlewu szklankę z ledwie tkniętą wodą i skierował swoje kroki w stronę łazienki.
– Wiesz, jednak Gemma jest o wiele lepszym kłamcą niż ty – usłyszał jeszcze za sobą, ale zignorował to i zniknął za drzwiami do łazienki.

Podróż samochodem przez zatłoczone ulice przebiegła spokojnie, ale w nietypowym dla nich milczeniu. Anne skupiona na jeździe (której w prawdzie było o wiele mniej niż stania w porannym korku) trzymała pewnie kierownicę, a na jej czole wyraźna była zmarszczka, jakby coś zaprzątało jej myśli. Natomiast Harry oparł głowę o szybę i monotonnym spojrzeniem obserwował te same budynki, które mijał dwa razy w tygodniu w drodze do immunologa. W radiu leciała jakaś rytmiczna, śpiewana przez dziewczynę o wyjątkowo piskliwym głosie piosenka, której oboje nie mogli znieść, ale żadne z nich nie przełączyło też na inną stację. Nie było zresztą sensu, bo Harry już rozpoznał kolorowy plac zabaw przy przedszkolu, a zaraz potem widok tak dobrze mu znanego budynku szpitala przyprawił go niemalże o obrzydzenie.
Cały poranek przebiegał w nudnej i męczącej wręcz rutynie. W poczekalni siedzieli przed nimi ci sami ludzie, co zwykle. Wśród nich przodowała starsza pani z drżącą prawą ręką, typowa sąsiadka skarżąca się nieustannie na bóle mięśni, kości i stawów. Był też mężczyzna, który co chwilę kaszlał, jakby się zakrztusił, ale nigdy nie zakrywał przy tym ust, przez co jego kaszel był jeszcze bardziej uporczywy dla otoczenia. Oraz młody chłopak, z opisu podobny do Harry’ego, bo też miał kręcone włosy, dołeczki i duże, zielone oczy, ale było w nim coś niesamowicie przygnębiającego. Może to sposób, w jaki jego dołeczki ujawniały się tylko podczas przegryzania wargi, zamiast przy uśmiechu, albo to, jak odruchowo naciągał rękawy ciemnoszarej bluzy, gdy tylko czuł na sobie czyjś wzrok. Harry widział, że ten chłopak nigdy nie wchodził do tego samego lekarza, co on, ale do gabinetu naprzeciwko – psychoterapeuty, dlatego w jego gardle pojawiała się gula za każdym razem, kiedy jego spojrzenie padało na smutnego chłopaka.
Nie raz już chciał do niego zagadać, ale nigdy nie miał odwagi, a kiedy pewnego ranka wstał ze swojego krzesła z zamiarem podejścia w jego stronę, mama złapała go za rękaw, kręcąc przy tym ostrzegawczo głową.
– Następny – rozległo się przez na wpół otwarte drzwi. – Harry Styles?
Oboje weszli do gabinetu. Harry zaraz po przekroczeniu progu niemalże na oślep i zupełnie bezwiednie skierował się na obite jasnozielonym materiałem krzesło, na którym pobierano próbki krwi do badań. Usiadł na nim i zaczął machać nogami wpatrzony bez szczególnego zainteresowania w wysoką szklaną szafę, w której znajdowały się szczepionki, igły, rękawiczki i inne sterylnie zapakowane przedmioty.
– Co mi tu dzisiaj mamy... – Doktor Higgins, lekarz w podeszłym wieku o lekkiej nadwadze, ale przyjaznej twarzy, przewertował plik dokumentów w folderze opisanym nazwiskiem Harry’ego. – Badania poziomu kreatyniny, mam rację?
Anne skinęła głową.
– Doktorze, jak wyniki ostatnich badań?
– Na razie wszystko w normie. Nie ma żadnych zmian, które mogłyby stanowić w jakikolwiek sposób zagrożenie życia.
Świetnie. Nic nie stanowi dla mnie zagrożenia życia. Oprócz choroby, na którą umieram, pomyślał kwaśno Harry, nie odrywając wzroku od szafy, ale nauczony dobrych manier nie powiedział tego głośno.
– Dobrze, Harry, połóż lewą rękę na oparciu – zwrócił się lekarz, po czym otworzył szklane drzwiczki szafy i odpakował wyciągniętą z niej strzykawkę.
Nadal było mu trochę słabo na widok krwi, choć minęło już przecież tyle czasu, że nie powinno to na nim robić żadnego wrażenia. Dlatego też jego spojrzenie powędrowało na plakat reklamujący jakąś maść na pourazowe bóle mięśni, który wisiał nad biurkiem chyba dłużej, niż farba na ścianach, o ile to w ogóle możliwe.
Poczuł delikatne ukłucie i odliczywszy pięć tyknięć zegara, wiedział, że już po wszystkim. Niby niewzruszony, wstał i przyłożył do żyły na zgięciu łokcia kawałek waty, który podał mu doktor Higgins.
– Mamo? – odezwał się, zwracając tym samym na siebie uwagę Anne ponownie pogrążonej w rozmowie z lekarzem. – Ja będę czekał na zewnątrz.
– Dobrze, kochanie – przytaknęła, a następnie wyciągnęła z torebki portfel i wręczyła mu pięć funtów w drobnych, dodając: – Trzymaj. Na korytarzu stoi automat.
– Dzięki. Do widzenia – zwrócił się do lekarza.
– Do zobaczenia, Harry. – Lekarz uśmiechnął się do niego ciepło i Harry po raz kolejny uświadomił sobie, że mimo wszystko go lubi. To nie jego wina, że ma taką pracę. Gdyby był sprzedawcą w tej piekarni na końcu ich ulicy, na pewno codziennie z czystej sympatii kupowałby pieczywo właśnie tam.
Rząd krzeseł w poczekalni zapełnił się co najmniej dwukrotnie i Harry poczuł się nieco skrępowany, kiedy wszystkie spojrzenia na moment przeniosły się na niego. Ze wzrokiem wbitym w kafelki podłogowe powędrował na drugi koniec korytarza i chwilę później stanął przed maszyną z przekąskami. Przez chwilę wypatrywał czegoś, na co miałby ochotę, ale nieustające uczucie osłabienia dawało mu się coraz bardziej we znaki. Wrzucił więc monetę i wybrał numerek, a jedna z metalowych spiral utrzymująca produkty na półkach poruszyła się i zrzuciła na dół żółtą paczkę m&m’sów. Harry wyciągnął je i przysiadł na wolnym miejscu obok.
Rozmowa mamy z lekarzem mogła potrwać jeszcze dobry kwadrans, a panująca tu grobowa cisza, mimo tak sporej liczby osób obecnych w poczekalni, potrafiła doprowadzić zdrowego człowieka do szału. Harry zaczął wystukiwał palcami jakiś wymyślony rytm na kolanie, drugą ręką wrzucając do ust pojedynczo kolorowe cukierki.
I choć pierwszy raz mu się coś takiego zdarzyło, to przyszła mu do głowy teoria, że niektórzy ludzie potrafią wyczuć na odległość twoją nudę. Nie minęło bowiem dużo czasu, a w jego kieszeni rozległa się krótka wibracja.
Paczka m&m’sów prawie zsunęła mu się z kolan, kiedy wydobywał telefon, ale w ostatniej chwili ją przytrzymał.
Louis: dzien dobry ;) mam nadzieje ze nie spisz bo umieram z nuuuudow
Cień uśmiechu pojawił się na twarzy Harry’ego. Odłożył cukierki na krzesło obok i odpisał:
Ja: Niestety, badania. A Ty co juz na nogach, ranny ptaszku?
Niecałe pół minuty później dostał kolejną wiadomość.
Louis: wbrew pozorom jakie moge czasem stwarzac jestem studentem a nie bezdomnym pijaczkiem ktory wymusza darmowe ciasta w kawiarniach i od 8 mam zajecia
Ja: Och, czyli jestes teraz na wykladach?
Louis: zwariowales? zayn mnie wygonil bo mowi ze go demotywuje do studiowania jak nie ide w poniedzialki rano na uczelnie wiec wyszedlem na fajke i czekam az sobie pojdzie i bede mogl wrocic do spania
Ja: Znowu dales sie wygonic z mieszkania? Troche asertywnosci!
Louis: nie tak to zazwyczaj dziala ale ktos mu ostatnio wbil do glowy jakies bzdury o karmie i postanowil mi sie odplacic za wszystko... w kazdym razie co u ciebie? co to za badania?
Ja: Rutynowe. Nic fascynujacego. Hej, a moze znalazł sobie dziewczyne?
Louis: w sensie ze zayn? haha cos ty, on co wieczor znajduje sobie dziewczyne. czasem nawet dwie...
Zajęty esemesowaniem, nie zorientował się nawet, kiedy jego mama wyszła z gabinetu. Dopiero, gdy usłyszał nad swoją głową znaczące chrząknięcie, podniósł wzrok znad ekranu telefonu.
– Tak szybko? – zdziwił się, a mama odpowiedziała mu uniesieniem brwi. Chyba wcale czas nie upłynął jej tak szybko, jak jemu.
Kiedy wracali do domu, atmosfera nieco się rozluźniła. Anne wyglądała na spokojniejszą po rozmowie z doktorem Higginsem. O wiele lepiej jej się żyło ze świadomością, że póki co wszystko było pod kontrolą. Właśnie wtedy Harry zdecydował się odezwać:
– Poznałem wczoraj takiego chłopaka.
Jego mama zerknęła na niego kątem oka, zaskoczona. Nie spodziewała się powrotu do tematu wczorajszego wieczoru.
– Nazywa się Louis. Znalazł mój dziennik na... przy ladzie w sklepie – wyjąkał. – Zostawiłem go tam. I on, ten Louis, napisał do mnie. Spotkaliśmy się, żeby mógł mi go oddać, no i trochę się zagadaliśmy, byliśmy jeszcze w kawiarni, dlatego się spóźniłem. Poprosiłem Gemmę, żeby mnie jakoś wytłumaczyła. Przepraszam. Nie chciałem cię okłamywać – przyznał ze skruchą, a w środku coś ściskało jego żołądek, bo przecież nadal ją okłamywał.
Twarz Anne przybrała nieco zmartwiony wyraz.
– Co to za chłopak? Skąd on jest?
– Z Doncaster. Ale studiuje tutaj – wyjaśnił cierpliwie, ale z nutą ulgi, że mógł już w miarę normalnie o tym opowiadać.
– I spóźniłeś się, bo jakiś obcy chłopak wyciągnął cię na pogaduchy? – spytała z poirytowaniem.
Harry poczuł się dotknięty.
– Mamoo, chyba mogę przecież czasem gdzieś wyjść.
– Ale to rodzina powinna być dla ciebie najważniejsza, nie koledzy.
– Koledzy? – prychnął, teraz też zirytowany. – Jacy koledzy, mamo? Odkąd zdiagnozowali u mnie PAN, praktycznie nigdzie nie wychodzę, już nie mówiąc o tym, że mam nauczanie indywidualne.
– Dobrze wiesz, że to wszystko dla twojego dobra.
– Dla mojego dobra nie mogę mieć żadnego życia towarzyskiego?
Anne zamilkła z miną wyrażającą przekonanie o własnej racji. Harry był mocno rozzłoszczony, bo nie lubił spotykać się z takim negatywnym nastawieniem mamy w stosunku do czegoś, z czego powodu on sam się cieszył.
– Aha, i żeby nie było, że nie uprzedzałem, dzisiaj po południu też wychodzę – oznajmił, wyciągając z kieszeni słuchawki i zaczynając je rozplątywać. Kiedy po krótkiej chwili mu się udało, pospiesznie włożył je do uszu i włączył muzykę, żeby nie dopuścić do dalszego rozwoju nieprzyjemnej dla obu stron rozmowy.
Przez resztę drogi powrotnej śpiewał bezgłośnie tekst płynących bezpośrednio do jego uszu piosenek i przyglądał się bez szczególnego zainteresowania tej samej scenerii, co godzinę temu, tylko pojawiającej się w odwróconej kolejności.

Jedyne, czego chciał, to mieć kogoś, z kim mógłby się powygłupiać, porozmawiać, a nawet wspólnie ponudzić. Ale zawsze coś stało na przeszkodzie.

9 komentarzy:

  1. Z każdym kolejnym rozdziałem uświadamiam sobie własny podziw i coraz większe zainteresowanie. Tak długo wyczekiwany przeze mnie rozdział! Świetny, choć tak prosty. Również uwielbiam Ich rozmowy. ;) Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.
    Co do sprawdzianu - nie martw się, z każdym kolejnym będzie lepiej. :D w każdym razie, ja osobiście trzymam kciuki.
    zapraszam Cię na nowe rozdziały na lasthopefanfiction. oraz kolejny imagin o L. - nanosekundybezciebieimaginy.
    Wybacz za ten krótki spam!
    Z okropnie męczącą niecierpliwością czekam na kolejny i ogromne buziaki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piszesz świetnie tylko dlaczego każesz mi tak cierpieć czekają na kolejny post? Czekam na więcej. Mam nadzieję, że znajdziesz chwilkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy następny rozdział 😭😭😭😭

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham normalnie, błagam pisz szybko, Do niedawna nie przepadałam za 1D, nw po prostu omijałam ich samych jak i ich twórczość szerokim łukiem :P to przyjaciółka zaczęła mi puszczać ich piosenki, i po jakimś czasie mi się spodobały. Co do bloga, piszesz świetnie, (ja chcieć więcej!!!) normalnie uwielbiam te ich smsy ^___^ a i jeszcze jedno, tylko spróbuj mi porzucić lub zawieść tego bloga to przysięgam, znajdę uduszę i zakopie -.- To do zoba ;***

    OdpowiedzUsuń
  5. jezu, uwielbiam wygląd twojego bloga! :D piszę ponieważ moja niecierpliwość rozsadza moje wielkie shipperskie serce - kiedy nowy rozdział? ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. wypadałoby w końcu, co? ale naprawdę nie mam kiedy pisać... może jeszcze w tym tygodniu mi się uda, chociaż nic nie mogę obiecać :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuuuu! Tak mało czasu, tak dużo seriali...

      Usuń
  7. Cudo cudo cudo cudo mmmm

    OdpowiedzUsuń