Informacje

Informacja (27.10.2015)
(patrzcie na dół)

19 listopada 2014

VII. Lost boy

Miałam dodawać co tydzień, wychodzi na to, że dodaję co miesiąc... Brawo.
Jestem leniem i nie wstydzę się tego.
Generalnie nuda, nuda się dzieje. Miałam już zacząć pisać o czymś innym, ale za długi rozdział by wyszedł. Co za dużo, to nie zdrowo (lmao).
W przyszłym tygodniu mam próbne matury, więc na razie nic nie piszę. (Nie żebym się miała uczyć, pewnie będę oglądała Glee, no bo, proszę was, Kurt i Blaine zaręczeni? fangirling level 432984723).

Ale whatever. Czytajcie.
Enjoy. x


*



Kiedy tylko znaleźli się z powrotem w mieszkaniu, a drzwi zamknęły się za nimi, rozpoczęła się nieunikniona rozmowa.
– Harry, czy możesz mnie wysłuchać przez moment? – Po co pytasz, skoro i tak będziesz gadać. – Zrozum to. – Nie rozumiem i nie chcę nawet próbować zrozumieć. – Ja się o ciebie martwię. – Słyszałem to już tysiąc razy i nie mam ochoty słuchać po raz tysiąc pierwszy. – Wiesz przecież, że cię kocham. – Ciężko mi w to uwierzyć, jak zachowujesz się, jakbym był twoją własnością.
Oczywiście żadnej z tych rzeczy nie wypowiedział na głos, w pełni świadomy, że to jedynie wynik ogarniającej go złości i wcale tak nie uważał naprawdę. Doskonale wiedział, co kieruje jego mamą, ale jako zwyczajny nastolatek miał prawo do wyolbrzymiania spraw i reagowania buntem. Dlatego nie odwrócił się ani na moment, tylko popędził do swojego pokoju i zatrzasnął drzwi. Trzaśnięcie nie było co prawda zamierzone, spowodował je przeciąg, więc zaraz uchylił drzwi lekko i wymruczał niezdarne przeprosiny, żeby sobie przesadnie nie nagrabić.
Nie lubił kłócić się z rodziną, ale czuł tak narastającą nieodpartą złość, że wolał ją przeczekać w swoim pokoju. Nie był konfliktową osobą, bo wiedział, że życie jest zbyt krótkie i kruche na spory.
Rzuciwszy się na łóżko, schował twarz w dużej poduszce i leżał bez ruchu, a jedyną oznaką tego, że żyje, był świszczący oddech tłumiony przez materiał poszewki. Po chwili zmęczyło go utrudnione oddychanie i odwrócił się na plecy, wlepiając wzrok w sufit. I kiedy jedną ręką skubał nerwowo prześcieradło, drugą sięgnął po telefon z kieszeni spodni i wybrał pierwszy numer na liście wiadomości.
– O proszę, kto to do mnie dzwoni? – usłyszał rozbawiony głos po drugiej stronie słuchawki i momentalnie zdenerwowanie Harry’ego wzrosło co najmniej pięciokrotnie.
– Hej. C-co dzisiaj robisz?
– Kumpel organizuje domówkę i dostałem zaproszenie – rzucił Louis od niechcenia.
– Och.
Momentalnie zrobiło mu się głupio. Jak mógł pomyśleć, że ktoś taki jak Louis będzie się nudził na tyle, żeby mieć ochotę na spotkanie z kimś takim jak Harry?
Skrępowany zapomniał, co właściwie mógłby teraz powiedzieć i stwierdził, że jedynym sensownym wyjściem z zaistniałej sytuacji byłoby rozłączenie się.
– No chyba że masz jakieś propozycje? – dodał Louis pospiesznie z dosłyszalnym cieniem nadziei. – Nie zadeklarowałem jeszcze, że będę, więc mogę sobie pozwolić na zmianę planów...
– Niee, nie będę ci przeszkadzał. Baw się d-dobrze – wydukał Harry, czując, jak uszy mu się czerwienią i podziękował w duchu, że Louis nie mógł go widzieć. Już wystarczyło samo to, że brzmiał jak kompletny niedorozwój.
W słuchawce rozległo się ciężkie westchnięcie i Harry wiedział, że Louis właśnie wywrócił oczami.
– Okej, chyba muszę ująć to inaczej. Masz ochotę gdzieś razem się wybrać? Naprawdę nie uśmiecha mi się kolejna impreza i – wow, dobrze, że Zayn mnie nie słyszy, bo najpierw by mnie wyśmiał, a potem chciał wysłać do lekarza z gorączką... – Louis parsknął śmiechem z niedowierzaniem, a następnie odchrząknął i kontynuował: – To znaczy, wiem, że to trochę lamerskie, bo w końcu widzieliśmy się wczoraj i może wcale nie masz na to ochoty, ale z drugiej strony chyba byś wtedy nie dzwonił, co?
Harry poczuł, jak kamień spada mu z serca. Naprawdę cieszył się, że nie będzie musiał włóczyć się po mieście przez parę godzin, tylko po to, żeby nie wyszło, że uległ mamie. Przecież po takiej sprzeczce nie mógłby nagle oznajmić, że jednak zostanie w domu. Byłoby to równoznaczne z dobrowolnym zeskoczeniem na przegraną pozycję i tym samym umniejszyłoby jego godności, a ta osiąga wystarczająco niski poziom, kiedy jego mama czasem zanosi do szpitala kubeczki z jego próbką moczu. Wzdrygnął się na samą myśl o tym dyskomforcie. To żenujące.
– Ej no, ale może odpowiedz coś, bo nie wiem, czy nie wyszedłem na kretyna. Może dzwonisz, żeby zapytać, co robię, tak z ciekawości, a ja się zbłaźniłem. Po raz setny. Dzisiejszego dnia. W sumie to nic wielkiego. Ale odpowiedź z twojej strony mimo wszystko byłaby mile widziana. Więc?
Za oknem świeciło słońce, co było dość nietypowe jak na tę porę roku i to miasto. Dodając taką pogodę do spięcia, jakie zaszło w jego relacjach z mamą i mnożąc wszystko przez cel, w jakim zadzwonił do Louisa, bez zastanowienia odparował:
– Jasne. Ale może ty coś zaproponujesz? Po prostu... muszę się wyrwać z domu – przyznał nieco ciszej.
– Coś się wymyśli, nie dam ci się nudzić, obiecuję. Bądź o czwartej koło starego teatru – poinformował go na koniec. – Tylko się nie spóźnij, to moja broszka!
Harry uśmiechnął się, słysząc sygnał zakończonego połączenia i zeskoczywszy z łóżka, skierował się do szafy. Miał jeszcze ponad dwie godziny, ale najpierw musiał iść do biblioteki i na zakupy, a zważywszy na ruch na ulicach, powinien zdążyć na styk.

*

Gdy Zayn wrócił do mieszkania, zastał swojego współlokatora wygodnie usadowionego na kanapie. Louis siedział pomiędzy pustym pudełkiem po pizzy a stertą brudnych ubrań, które czekały, aż ktoś je zaniesie do pralni, z nogami na stole i wpatrywał się skupiony na powtórce jednego z odcinków Doctora Who nadawanego na BBC One. Prawdę mówiąc chyba nikt by się nie zorientował, gdyby była to jedyna (oprócz sportowej) działająca stacja, jaką mieli w standardowym abonamencie, bo oboje mogliby się założyć, że od dnia, w którym tu zamieszkali, ani razu nie przełączyli kanału na inny niż te dwa.
– Jest dopiero poniedziałek, a ty już olewasz zajęcia? – powiedział z wyrzutem Zayn, nie odrywając uwagi Louisa od serialu. – Że jeszcze cię nie wywalili...
– Przyniosłeś coś do jedzenia? – odezwał się Louis, jakby nie słyszał wcześniejszej uwagi Zayna. Prawdopodobnie tak też zresztą było.
Zayn rzucił na stolik reklamówkę zapakowaną na wynos chińszczyzną i – w akcie dobrej woli, a także braku chęci do jedzenia na stojąco – sprzątnął z kanapy pudełko po pizzy. Następnie zasiadł na miejscu obok kolegi i odpakowawszy swoje zamówienie, zabrał się do konsumpcji. Kątem oka zerknął na ekran, ale zaraz spuścił wzrok na makaron z kurczakiem, bo i tak nigdy nie był na bieżąco z fabułą.
– Zaprosiłem dzisiaj Perrie do Nicka na imprezę – zaczął, nawijając makaron pałeczkami. – Wiesz, tą blondynkę, którą ostatnio poznałeś. A ty, wybierasz się?
Louis otworzył swoje pudełko i powąchał je nieufnie.
– Bez fungi? [gatunek chińskich grzybów]
– Nie ufasz mi? – prychnął Zayn w odpowiedzi, a Louis nadal nieprzekonany nabił na widelec kawałek wołowiny (od zawsze gardził pałeczkami; chociaż tak naprawdę każdy wiedział, że po prostu jego umiejętności manualne nie zezwalały mu na ich prawidłową obsługę).
– Nie wiem jeszcze – odparł nagle i przez chwilę Zayn musiał się zastanowić, czego Louis nie wie. – Nie przepadam za tym całym Nickiem. To kutas. I capi od niego gejowstwem na kilometr.
– Okeej. – Zayn zmarszczył brwi. – Nie wiedziałem, że homoseksualiści mogą być jednocześnie homofobami.
Na ten komentarz Louis dźgnął go widelcem w ramię. Zayn burknął coś pod nosem i rozmasował skórę.
– W każdym razie mam nadzieję, że nie rezygnujesz z imprezy w imię wizyty w gej klubie. Niall byłby cholernie zawiedziony... – zachichotał złośliwie, odsuwając się na wszelki wypadek od Louisa o parę centymetrów.
– O mój Boże, co wy macie z tym gej klubem?!
– Niall mówił, że...
Louis poderwał się ze swojego miejsca i wyłączywszy telewizor (i tak oglądał to już ładnych parę razy) z zażenowaniem skierował się w stronę wieszaka. Chwycił swoją dżinsową kurtkę i narzucił ją na siebie, sprawdzając jeszcze, czy ma klucze w kieszeni.
– Ej no, gdzie się wybierasz? Mam dać znać Niallowi, żeby się zbierał? – spytał z udawaną powagą, wychylając głowę zza oparcia kanapy.
Louis złapał najbliższą rzecz, którą miał pod ręką i rzucił w kolegę, któremu z ledwością udało się zrobić unik przez lecącymi w jego kierunku zwiniętymi w kulkę rękawiczkami.
Zaraz po zamknięciu za sobą drzwi od bramy na dole, poczuł wibracje w kieszeni. Był święcie przekonany, że do spotkania z Harrym miał jeszcze dwadzieścia minut, więc to niemożliwe, żeby on dzwonił. Chyba że znowu zegar w salonie się zepsuł. To było w sumie całkiem prawdopodobne. Kiedy jednak wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz, odetchnął z ulgą. Jednocześnie zdziwił się, bo rozmówca, który domagał się odebrania, nie dzwonił do niego za często.
– Halo?
– Louis? Słuchaj... Tu Eleanor, tak w ogóle – przedstawiła się we wtrąceniu. [właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że w życiu nie słyszałam głosu elki ;o]
– Wiem, El, mam twój numer – uśmiechnął się Louis, marszcząc brwi.
Eleanor była jego koleżanką z roku i właściwie poza uczelnią (a więc i tak rzadko) nie widywali się wcale. Ich relacje były całkiem przyjazne i na większości zajęć siedzieli razem, wygłupiając się i próbując jakoś przetrwać półtoragodzinne wykłady, mimo to naprawdę nie miał pojęcia, po co mogła do niego teraz dzwonić. Jedyną możliwością były sprawy szkolne i tu Louis się nie pomylił, bo po chwili Eleanor kontynuowała:
– No więc słuchaj, pan Bloomfield dzisiaj o ciebie pytał...
– O niee – jęknął Louis, przeciągając otwartą dłoń po policzku. – Proszę, powiedz, że nie chodzi o moją ostatnią pracę!
– Właściwie to chodzi o twoją ostatnią pracę. Dopominał się o nią – poinformowała go. – I pytał też, gdzie jesteś, ale skłamałam i powiedziałam mu, że masz zapalenie oskrzeli, więc jak postanowisz zawitać na uniwerku, to pamiętaj, żeby wyglądać, jakbyś przeleżał weekend w łóżku na antybiotykach.
– Nie wierzę, że okłamałaś wykładowcę – odpowiedział zszokowany.
– Nie wierzę, że traktujesz studia jak ciąg dalszy liceum! Louis, nikt ci nie każe studiować – fuknęła na niego. – Na środę masz napisać o pladze dobrobytu. Bloomfield mówił o tym w zeszły wtorek.
– Wtedy, co próbowałem ci wytłumaczyć, co to spalony?
Eleanor westchnęła poirytowana i jednoczesnym zrezygnowana, a następnie mruknęła:
– Okej, wyślę ci notatki.
– Jesteś cudowna – ucieszył się Louis z ulgą w głosie. – No to do zobaczenia jutro?
– Obiecanki-cacanki. Bądź przynajmniej w środę, nie zostawiaj mnie samej na ekonometrii.
– Nie odważyłbym się.
– Trzymaj się, Louis.
Z tymi słowami połączenie zostało zakończone, a Louis odkrył, że dotarł właśnie na miejsce.
Stary teatr mieścił się w zniszczonym przedwojennym budynku, który zupełnie nie pasował do odnowionej dzielnicy. Wyglądał jak przeniesiony z przeszłości pośród przeszklonych biurowców, parkingów zapełnionych drogimi autami, budek z fast-foodami i kolorowych billboardów. Kiedyś teatr ów był jednym z najbardziej wyrafinowanych miejsc w Londynie i chodziły tam same szychy. Teraz jednak ledwie stojący budynek ogrodzono taśmą i obstawiono znakami zakazu wstępu. Rozbiórka była nieunikniona, mimo licznych protestów historyków, koneserów zabytków, starszych mieszkańców przywiązanych sentymentem, a przede wszystkim ulicznych meneli i dilerów.
Jednak Louis nie darzył tego miejsca żadnym specjalnym uczuciem, bo nie był ani weteranem wojennym, ani narkomanem. Przeszedł więc pod taśmą i włożywszy papierosa do ust, usiadł na schodkach prowadzących do imponująco okazałych dębowych drzwi z wybitą dziurą w witrażu nad nimi i odpalił końcówkę zawiniętego w bibułkę tytoniu. [bo fajki z marihuaną są dziełem szatana, pamiętajcie dzieci.]
– Jak dożyję dnia, w którym wylądujesz na onkologii z rakiem płuc, to przysięgam, że nie zawaham się użyć „a nie mówiłem”.
Louis przeniósł wzrok z żarzącego się papierosa przed siebie, skąd dochodził ów głos. Uśmiechnął się szeroko na widok chłopaka, którego bladą twarz okalały czekoladowe loki wystające spod czapki.
– Super, będziemy się ścigać na wózkach po korytarzu!
Harry spojrzał na niego z uniesionymi brwiami, ale zaraz roześmiał się lekko, pocierając palcami czerwony od zimna nos. Nie chcąc tracić czasu, Louis zgasił niedopałek butem i ruszył naprzód. Kiedy jednak zorientował się, że Harry wcale nie idzie za nim, odwrócił się do niego, dalej idąc pewnym krokiem, z tą różnicą, że tyłem.
– No co tak stoisz? Może i nie mam pojęcia, co będziemy robić, ale wiem, czego nie będziemy robić – nie będziemy siedzieć bezczynnie!
Machnął na niego ręką zachęcająco i Harry dołączył do wspólnego marszu nie wiadomo dokąd, zerkając na Louisa w oczekiwaniu.
– Nie patrz tak na mnie, tamujesz mój proces myślowy – burknął Louis, rozpraszany wpatrzonymi w niego zielonymi tęczówkami.
– A nie możemy po prostu...?
– Nie możemy po prostu. Musimy coś... O CHOLERA.
Louis wpatrywał się z szeroko otwartymi oczami przed siebie, więc Harry przeniósł swój wzrok w tym samym kierunku i sam rozdziawił usta z wrażenia.
– Co to tutaj robi?
Parę metrów przed nimi, tuż przed wejściem na stację metra Earl’s Court, stała niebieska budka policyjna. Była to taka budka, z jakich korzystało się w latach sześćdziesiątych, w pełnych wymiarach i wydawała się autentyczna. Wyglądała dość nietypowo w tym miejscu.
– O szlag, TARDIS. – Harry zamrugał kilkakrotnie z niedowierzaniem.
– Ale zajebiście! Teraz musimy tylko poczekać tutaj, aż Doktor wróci i zabierzemy się z nim. Ha, wyobrażasz to sobie? Bylibyśmy jego nowymi kompanami, podróżowalibyśmy po świecie, zapomnij o pociągach... Czujesz to, zero szkoły! Nie będę musiał pisać pracy na ekonometrię!
Żadne z nich nie przejęło się tabliczką informacyjną obok atrapy kosmicznej budki i gadali, jak najęci, obmyślając różne scenariusze i historie, jakby mieli do czynienia z poważną sprawą, o której nie mogą powiedzieć nikomu innemu, bo przecież by nie uwierzyli.
– Ej, myślisz, że to oznacza inwazję? – zapytał poruszony Harry.
– Co masz na myśli?
– No bo zawsze, jak Doktor gdzieś ląduje, to oznacza, że Ziemia jest zagrożona.
Louis zamyślił się na chwilę.
– Jeśli to Dalekowie, to skopię im dupska i... – Umilkł na moment, po czym głośno się roześmiał. – Cholera jasna, jesteśmy totalnymi świrami, co? Zayn ma rację, zamiast płacić za kablówkę, powinniśmy zrzucać się co tydzień na usługi sprzątające. Lepiej byśmy na tym wyszli, przynajmniej ja...
Ze stacji wyszła gromada studentów, którzy prawdopodobnie przybyli tu właśnie ostatnim połączeniem metra. Żaden z nich nie zwrócił uwagi na rzucający się w oczy obiekt, co oznaczało, że nie mieli telewizorów i nigdy nie widzieli najbardziej kultowego serialu w całej Anglii, albo budka stała tu już jakiś czas.
Kiedy ruch na ulicy wrócił do swojego normalnego stanu, czyli garstki przypadkowych przechodniów, Louis rozejrzał się dyskretnie, jakby był na tajnej misji i zbliżył ostrożnie do budki.
– Co ty robisz? – zawołał Harry.
– Musimy sprawdzić, czy naprawdę jest większa w środku – zażartował Louis, łapiąc za klamkę.
– Nie możesz tego zrobić.
– Daj spokój, to zwykła budka – Louis wywrócił oczami i oparł ręce na biodrach.
– Ale jeśli ją otworzysz i okaże się, że to normalna budka, to wtedy będziemy wiedzieli, że to nie TARDIS. Więc dopóki jej nie otworzysz, istnieją dwie możliwości i żadna z nich nie jest nieprawidłowa, bo tego nie wiemy – wyjaśnił z powagą Harry, odciągając go od niebieskiej budki. – Dlatego teoretycznie możemy zakładać, że to prawdziwa TARDIS. To jak z kotem Schrödingera.
– Czyim kotem? – spytał Louis zbity z tropu.
– Czego cię uczyli na fizyce...
– Na pewno nie zoologii – obruszył się Louis, ale porzucił temat lekko urażony.
Odpuściwszy sobie w końcu wartowanie przy niebieskiej budce policyjnej, wrócili na właściwy im poziom rozwoju intelektualnego [czyli niewiele wyższy], kontynuując spacer przed siebie.
– Jak bardzo jesteśmy stuknięci? – rzucił z rozbawieniem Harry, nawiązując do ich drobnej sprzeczki.
– Żeby rozważać, czy niebieska budka przy stacji metra jest statkiem kosmicznym podróżującym w czasie i przestrzeni? – podkreślił Louis. – Bardzo.
Niebo nad nimi zaczęły okrywać ciemne chmury, a wiatr, który zebrał się nagle, targał liście osłabionych jeszcze pierwszymi przymrozkami drzew. Żaden z nich nie miał w zwyczaju oglądać prognozy pogody, bo nie mieli jeszcze po sześćdziesiąt lat i istniały dla nich ciekawsze programy w telewizji. W tym wypadku popełnili jednak wielki błąd, bo nie dało się nie zauważyć, że nadchodziła potężna ulewa.
Chwilę potem z nieba spadła pierwsza kropla, a tuż za nią miliony innych, przyciemniając szary chodnik i powoli tworząc kałuże w jego nierównościach. Nie minęło parę minut, a cała ulica była już cała mokra, samochody jechały z włączonymi na najszybszym tempie wycieraczkami, a wszyscy piesi pouciekali do domów. Harry i Louis również biegli przed siebie, śmiejąc się jak wariaci, z kurtkami naciągniętymi nad głowę w marnej próbie osłonięcia się przed deszczem. Było to nadaremne, bo całe ubrania zdążyły przemoknąć im do suchej nitki.
Mokre chodniki stają się wyjątkowo śliskie, dlatego gdy chłopcy skręcali, Harry poślizgnął się i wylądował na ziemi. Zanim Louis zorientował się, że jego śmiech ucichł, zdążył odbiec kawałek, ale natychmiast wrócił do niego i wyciągnął dłoń ku niemu.
– Wstawaj – powiedział z ciepłym uśmiechem, skupiając spojrzenie na nim. Harry wspomógł się jego ręką i wstał, a Louis odgarnął na bok mokry kosmyk włosów, który przykleił się do jego czoła, wpadając mu do oczu, po czym dodał: – Wiem, gdzie możemy się schować.
Jako że Harry odmówił dalszego biegnięcia w obawie przed posiniaczeniem się jeszcze bardziej niż zapewne będzie jutro, resztę drogi przeszli. Nie było to daleko, bo już zaraz Louis pociągnął go w stronę bramy na rogu przy zamkniętym sklepie rowerowym i kwiaciarni. Kiedy otworzył drzwi, oboje zdali sobie sprawę z tego, że cały czas nadal trzymali się za ręce. Speszony Harry wyrwał swoją dłoń z uścisku Louisa i schował obie ręce do kieszeni. Louis natomiast mentalnie strzelił sobie w twarz, wygrzebawszy klucze z kieszeni kurtki, odblokował zamek i wpuścił ich do mieszkania.
– Rozgość się – rzucił, wchodząc do salonu.
Harry przestąpił niepewnie próg i rozejrzał się dookoła. Jego mama – jak chyba każda mama – miała obsesję na punkcie sprzątania i choć była kobietą o stalowych nerwach, na ten widok prawdopodobnie by się rozpłakała. Harry z kolei był pod wrażeniem. Jak można tak żyć i nie zgubić się we własnym mieszkaniu?
– Proszę, powiedz, że nie jesteś jakimś stukniętym pedantem – mruknął Louis, widząc jego zdziwienie i zdjął z siebie mokrą kurtkę.
– Nie, po prostu... – Harry również ściągnął płaszcz i odwiesił go obok kurtki Louisa. – Wiesz, mówią, że to, jak mieszkasz, dużo świadczy o tym, jak żyjesz. A masz tu trochę taki bałagan.
– Jestem trochę takim bałaganem – mruknął ledwie dosłyszalnie, chociaż był pewien, że Harry go usłyszał, bo uniósł wzrok i posłał mu łagodny uśmiech. – Chodź, dam ci coś na przebranie.
Kiedy przebrali się już w suche ubrania wygrzebane z szafy Louisa (oboje byli przekonani, że garderoba Louisa nie będzie dobra na Harry’ego, ale szeroki burgundowy sweter pasował jak ulał, a spodnie wyglądały, jakby były celowo przykrótkie), Louis zaparzył dwa kubki gorącej herbaty z cytryną i ogarnąwszy na szybko w salonie, usiedli na kanapie, grzejąc się pod kocem.
– A gdzie twój współlokator? – zagadał Harry, obejmując dłońmi ciepły kubek i podciągając kolana pod brodę tak, żeby schować stopy pod koc.
– Zayn? Chyba już poszedł na tą całą imprezę.
– Dlaczego ty nie poszedłeś?
Louis upił łyk swojej herbaty i poczuł, jak przyjemne ciepło rozchodzi się w jego wnętrzu.
– A chciałbyś, żebym poszedł?
– Nie, ale...
– Wiesz – zaczął, machając ręką na przestrzeń dookoła nich – w tym całym bałaganie nie ma samych puszek po piwie i pudełek po pizzy. Są też kubki po herbacie. Bałagan nie oznacza wiecznego chaosu i szaleństwa.
Harry zamrugał i po krótkiej chwili ciszy roześmiał się gładko.
– To było... zaskakująco głębokie.
– Widzisz, jestem zdolny do niesamowitych metafor, jak się postaram – wypiął dumnie pierś. – Hej, wiem, że to okropnie babskie, ale masz ochotę na jakiś film? W taką pogodę i tak nie da rady nawet wyjść bez zagrożenia utonięciem. No i mamy popcoorn... – dodał zachęcająco.
W odpowiedzi Harry uśmiechnął się szeroko i kiwnął tylko głową.

5 komentarzy:

  1. No wymyślanie nieistniejących teatrów jest takie rebel... Normalnie buntowniczka z Ciebie ;P
    To był bardzo przyjemny rozdział ! :) Lubię takiego Louisa! :)) Który jest trochę takim bałaganem... :) Tak mi się to dobrze czytało! Też chcę taki miły wieczór z filmem i ciepłą herbatą! Louis kochanie! Przybywaaaaaaj!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ugejytghfdifugdgfk ;333 (ahh ta moja elokwencja no wiem XD) Ale ubóstwiam Doktora więc rozdział przemegasuperbisty, możesz pisać dalej, pozwalam a nawet już masz pisać!! ;p
    ~ Paula ^.^

    OdpowiedzUsuń
  3. T.T smutno miiiii
    wchodzę prawie codziennie czekając na nowy rozdziała, a tu nic :(
    to że opowiadanie jest boskie to już wiesz :*** i nie muszę tego piać, ale i tak to zrobię ^__^ HaZZa i loU <3
    (dzięki za kom. na blogu, wiele to dla mnie znaczy, jak pewnie dla każdego autora (artysty-amatora) ) Jeśli to że długo piszesz, ma znaczenie dla tego że rozdział będzie jeszcze bardziej zajebisty (pseplassam za słownictwo) to szczerze warto czekać :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku. Ja jestem po prostu zakochana w Twoim opowiadaniu, więc nie znajduję żadnych racjonalnych słów, by wyrazić swoją opinię. No może poza - fantastyczne, genialne, wspaniałe, urocze. Jestem strasznie ciekawa jak dalej potoczy się Ich spotkanie. Uwielbiam i znowu sie powtarzam :D
    Zapraszam Cię na coś całkowicie nowego i innego. ;) http://fuckingbiglove.blogspot.com/
    Buziaczki ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Im in love.......... totalnie jezu 4 prawie juz ale jebac to.. To jest cudowne jezu rhdbxhsbxbbrxbbd

    OdpowiedzUsuń