Informacje

Informacja (27.10.2015)
(patrzcie na dół)

27 grudnia 2014

VIII. You kill me (in a good way)

Dobra. Już jest, nie krzyczcie na mnie więcej, proszę.
Ha! Rozpisałam się na 10 stron (co za cwaniak). Przepraszam za nieco wulgarny język, ale to nie ja, to Zouis.
Pisane przy playliście z Pierce The Veil i Sleeping With Sirens pomieszanych z Best Irish Drinking Songs, więc przepraszam za to, co w tym rozdziale uczyniłam.
No i dlatego też przepraszam za piosenkę tytułową, może średnio pasuje, ale obecnie czczę Kellina, więc deal with it. (Na pocieszenie wrzucam akustyczną wersję w linku).
No nic, zapraszam do czytania  i wesołych świąt przy okazji (nie oszukujmy się, każdy jeszcze dojada ciasta i uszka z barszczem, więc dziś czwarty dzień świąt).


*



Ciężkie krople deszczu nie przestawały uderzać z impetem w okna, jakby uporczywie próbowały przebić się do środka. Niebo, zasnute grubą warstwą chmur, zamiast się przejaśniać, robiło się coraz ciemniejsze. Powoli zapadał zmierzch i w chwili, gdy jedynym źródłem światła był już tylko ekran telewizora, stało się oczywiste, że wybieranie filmu po samej okładce nigdy nie jest najlepszym pomysłem. Louis siedział skulony na kanapie i co chwilę nasuwał na oczy koc, którym oboje byli przykryci. Harry natomiast parskał śmiechem na widok reakcji Louisa, choć sam z nieukrywanym niesmakiem obserwował drastyczne sceny dennego amerykańskiego horroru, jaki wspólnie zdecydowali się włączyć po obejrzeniu Spuda.
Żaden z nich nie odezwał się jednak, żeby nie okazać swojej niemęskości, aż do momentu, w którym główna bohaterka została zmuszona odgryźć sobie własną rękę, by uwolnić się od psychopaty, co było równocześnie obrzydliwe  i pozbawione realizmu. Wtedy to Louis poderwał się gwałtownie i stanąwszy tyłem do telewizora, zaproponował znikąd:
– Hej, a może masz jednak ochotę iść ze mną na tą domówkę?
Harry popatrzył na niego zamglonym wzrokiem, oderwany od filmu, po czym powoli pokręcił głową.
– I tak zaraz powinienem wracać. Moja mama jest dość nadopiekuńcza...
– Tak, wiem – przerwał mu Louis. No tak. Wiedział. – Ale przecież możesz jej powiedzieć, że śpisz u mnie albo, no obojętnie. Cokolwiek nazmyślasz, jestem skłonny to potwierdzić. No dawaj. Założę się, że nigdy nie byłeś na takiej prawdziwej imprezie!
– Nie wiem, czy to dobry pomysł... Średnio odnajduję się w takim towarzystwie... Czy w jakimkolwiek innym – przyznał cicho, po czym uniósł głowę i spojrzawszy na jego wyraz twarzy, dodał żartobliwie: – Przyznaj po prostu, że ten film cię nieźle poschizował i teraz się boisz sam zostać. – W jego głosie zabłądziła jednak nuta niepewności, bo o ile często dogryzali sobie nawzajem z siostrą, to w stosunku do innych ludzi miał raczej zdystansowane podejście; nie chciał wyjść na niemiłego.
Louis natomiast prychnął w mało przekonującym zaprzeczeniu, maszerując wzdłuż salonu i zapalił światło. Pomieszczenie od razu stało się bardziej przyjazne i zagrożenie nagłym atakiem psychopatycznego sadysty zmalało do minimum.
Ciepły blask lampy zawieszonej pod sufitem umalował twarz Louisa w nadzieję i podekscytowanie tak czyste, że nie sposób było mu odmówić i wrócić do nudnego domu. Harry przegryzł wargę nie do końca jeszcze przekonany, że to się uda, ale ostatecznie wyciągnął z kieszeni telefon i kliknął na ikonkę zielonej słuchawki przy wybranym kontakcie.


– Coo? ... Nie przesadzasz czasem? Co to za głupie pytanie w ogóle. ... Zwariowałeś, Harry. Absolutnie.
– Mamo, daj spokój... – odezwała się siedząca na kanapie w salonie Gemma, kładąc nogi na stoliku do kawy znajdującym się przed nią.
Anne, która kręciła się za jej plecami tam i z powrotem, natychmiast przełożyła telefon do drugiej lewej ręki, a wolną zganiła córkę, która z niechęcią wyprostowała się na swoim miejscu i postawiła stopy z powrotem na ciepłych panelach podłogowych.
– Nie! Zapomnij. I masz być w domu przed dziewiątą. Nie obchodzi mnie to, jutro po południu jedziemy na prześwietlenie i... Hej! – Oburzona Anne wyrzuciła ręce na boki, kiedy Gemma wychyliła się i zwinnym ruchem zabrała jej komórkę.
Kompletnie ignorując protesty mamy, Gemma rzuciła do słuchawki krótkie:
– Idź. Ja to załatwię.
Po tych słowach rozłączyła się i odłożyła telefon na stolik, sama jednocześnie wstając.
– Co ty wyprawiasz? – zawołała mama z niedowierzaniem. – Nie pomieszało ci się coś? Z tego, co wiem, to ja jestem waszą matką.
– Wyluzuj trochę, okej? – syknęła Gemma. – Harry w końcu poznał kogoś, przed kim nie zamyka się i nie ucieka jak od ognia. On potrzebuje jakichś znajomych. Daj mu zaznać normalnego życia.
– Nie rozumiesz, że się o niego martwię? Odkąd jego choroba...
– Jezu! Przecież nie możesz go z tego powodu wiecznie trzymać pod kloszem!
– Wiecznie? Wiecznie? Chciałabym mieć wieczność, Gemmo – powiedziała Anne cichym i zaskakująco opanowanym tonem. – Problem w tym, że mam tylko niecałe sześć miesięcy.
– Nie – przerwała sucho Gemma. – To on ma sześć miesięcy. Więc proszę – podkreśliła – pozwól, żeby je naprawdę miał.
To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając osłupiałą Anne z głową eksplodującą od natłoku wirujących w niej myśli. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Anne opadła na pustą kanapę i chowając twarz w dłoniach, załkała bezsilnie.


Kiedy chłopcy wyszli na zewnątrz, powietrze pachniało ozonem. Ten świeży zapach był orzeźwieniem dla ich otumanionych idiotycznym filmowym światem mózgów. Nadal nie przestało padać, ale deszcz powoli odpuszczał. Niebo osnute ciemnofioletową łuną odbijających się od chmur świateł, przejeżdżające mokrymi ulicami samochody i ludzie skrywający się pod parasolami tworzyli klimat typowej brytyjskiej pogody.
Louis i Harry w celu udania się na stację również zmuszeni byli wziąć ze sobą coś na ochronę przed nieznośnym deszczem. Pod jednym parasolem przestrzeń między nimi drastycznie zmalała, jak nigdy dotąd. Wtedy to Louisa uderzyła pewna myśl i zatrzymał się wpół kroku. Harry spojrzał na niego pytająco.
– Nie boisz się? – zapytał z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Że coś ci zrobię.
– A powinienem się bać?
– Nie wiem. Nie znamy się. Mogę być niebezpieczny.
Harry zbladł spłoszony i nieznacznie zwiększył dystans między nimi. Nie rozluźnił się ani odrobinę, kiedy Louis roześmiał się pogodnie i szturchnął go ramieniem, mówiąc:
– I kogo tu bardziej poschizował ten film, co?
Zanim ich tramwaj* na Hackney Central – gdzie według instrukcji Louisa mieli się udać – pojawił się na stacji, parasol stał się całkiem bezużyteczny, jako że kierowcy niezbyt przejmowali się tym, z jaką prędkością wjeżdżają w kałuże przy krawężnikach. Już przy pierwszym aucie, które ochlapało ich z góry na dół, Louis, wymachując pięścią w powietrzu, wrzasnął z furią:
– Ty pieprzony kretynie, uważaj trochę, kurwa!
Jakaś starsza kobieta obrzuciła go zniesmaczonym spojrzeniem, burcząc: „Dzisiejsza młodzież, zero kultury!”, ale Louis kompletnie to zignorował, a Harry zawstydzony spuścił wzrok na mokrą kostkę chodnikową.
Gdyby miał być szczery, odkąd zaledwie parę dni temu poznał Louis, nie był pewien żadnej ze swoich decyzji i czuł bardziej, jakby to on je za niego podejmował. Ani razu jednak tego nie żałował. Miał wrażenie, że nawet, gdyby z powodu jakiejś decyzji dopadły go wyrzuty sumienia, byłby z tym szczęśliwy. Całe życie starał się, jak mógł, żeby nikomu nie robić na złość, żeby zadowolić wszystkich i spełnić ich oczekiwania. Nie wychylał się, nie sprzeciwiał, był jak kukiełka. Teraz sprawy miały się zmienić i czuł to w kościach. Dla większości nie było to nic wielkiego, ale skąd miał mieć jakiekolwiek porównanie, z doświadczenia? Ekscytacja, jakiej doznaje ptak po wypuszczeniu go z klatki, dodawała mu odwagi, której jeszcze tydzień temu by się nie spodziewał.
Odwaga ta jednak nadal miała swoje limity, bo gdy, po wyjściu z tramwaju i kilkuminutowym spacerze, oczom Harry’ego ukazała się pokaźna posiadłość rozświetlona w środku kolorowymi reflektorami i ludzie podrygujący w rytm głośnej muzyki na dziedzińcu, chłopak stanął jak wmurowany.
– Może... – wymamrotał na poczekaniu. – Może powinienem wrócić i przebrać się w coś... bardziej wyjściowego?
– Wyluzuj, nie idziesz na bankiet, księżniczko.
Nie wyglądało na to, żeby Louis dostrzegł jego zdenerwowanie, bo tylko zastukał złożonym parasolem w ziemię i popchnął go lekko do przodu, ku bramie wjazdowej na posesję.
– L-louis, to zły pomysł... – wyjąkał Harry, stawiając opór. – Nie znam nikogo, n-nie jestem żadnym zwierzakiem imprezowym, w życiu nie miałem do czynienia z taką grupą ludzi...
– To nie jest nic strasznego. Będzie fajnie, zobaczysz – zapewnił go. – Chcę ci tylko pokazać trochę czegoś, czego nigdy nie miałeś.
– Ale po co to robisz? – zapytał, bo wciąż to było dla niego zupełnie niejasne. – Ja nawet nie wiem, jak się zachować w towarzystwie tylu ludzi. A co, jeśli powiem coś głupiego i mnie wyśmieją? Albo spanikuję i pomyślą, że jestem dziwakiem? Albo, a-albo...
– Przecież nie zostawię cię na pożarcie tym wilkom w owczej skórze.
– Twoje barwne porównania nie pomagają... – burknął.
Tym razem to Louis się zatrzymał i obszedłszy Harry’ego dookoła, stanął przed nim. Położył rękę na jego ramieniu i przeszywając go spojrzeniem pary głęboko niebieskich oczu, które błyszczały w świetle latarni ulicznych, powiedział:
– Proszę. Będę cały czas przy tobie.
– Obiecujesz? – zapytał z nutą zawahania Harry.
– Obiecuję – zadeklarował Louis i oboje odnieśli wrażenie, że znaczyło to coś więcej niż można by wnioskować z kontekstu rozmowy. Przez chwilę stali naprzeciwko siebie w tej dziwnej atmosferze „czegoś ważnego”, o czym jeszcze wtedy nie mogli mieć pojęcia i żadne nie przerwało ciszy między nimi, dopóki Louis się nie złamał, marudząc dalej: – No chodź, młotku.
Harry zlustrował go uważnym wzrokiem, jakby doszukując się cienia kłamstwa, ale Louis wyglądał tak szczerze i prawdziwie, że w końcu odpuścił. Wziął głęboki wdech i dał się poprowadzić do środka, jak przekupiony przez rodzica sześciolatek na wizytę u stomatologa.
Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, nie był tłum ludzi, bogato zastawione jedzeniem stoły, czy stojący za przenośną ladą barman, a ustawiona w centralnej części obszernego salonu fontanna. Obiekt ten częściowo zastępował ścianę oddzielającą salon od kuchni i miał surrealistyczny kształt dwóch falistych płytek złączonych powierzchniami. Już wtedy Harry gorzko stwierdził, że to nie miejsce dla niego. Kto normalny stawia sobie w salonie fontannę? Cały wystrój domu krzyczał: „Mam dzianych rodziców!” i choć wywierało to niesamowite wrażenie, Harry modlił się, żeby tylko nie natknąć się na tego snobistycznego gospodarza. Zważywszy na wielkość posiadłości i jej zaludnienie, musiałby mieć naprawdę pecha, by to się stało.
– Przytłaczające, co? – usłyszał głos Louisa, który obserwował, jak Harry w lekkim osłupieniu rozgląda się po wnętrzu domu. – Ale nie martw się, wystarczy odrobinę chęci, żeby nie spotkać Nicka i można się całkiem dobrze bawić – rzucił lekko, porywając ze stolika obok dwie szklanki i upił łyk alkoholu. – O, chodź, przedstawię cię chłopakom!
Czyli właściciel jest dokładnie taki, na jakiego wygląda, pomyślał Harry i odstawił ukradkiem podany mu przed chwilą drink, zanim Louis poprowadził go na drugi kraniec pomieszczenia. To stamtąd, wśród wygodnie rozwalonych na odsuniętej pod samą ścianę długiej kanapie grupy ludzi, machał do nich blondyn o przyjaznej niewinnej twarzy dziecka, krzycząc coś, czego żadne z ich dwójki nie mogło dosłyszeć przez dudniącą muzykę.
– No proszę, proszę! – Wysoki, szczupły Mulat o rysach twarz, których pozazdrościłby każdy fotomodel, zaklaskał w dłonie i wstał, żeby przywitać się z Louisem krótkim uściskiem. – A jednak!
Louis uśmiechnął się do niego i zarzuciwszy ramię na barki Harry’ego, powiedział:
– Chłopaki, to Harry – oznajmił towarzystwu. – Harry, to Zayn – wskazał na Mulata – Niall – roześmiany blondyn – Liam – krótkowłosy chłopak o spojrzeniu wiernego labradora – i Per...
– Nadine! – poprawił go szybko Zayn i ignorując zdziwione spojrzenie Louisa, podszedł do siedzącej na oparciu kanapy dziewczyny w kusej spódniczce i ciemnych kręconych włosach.
Objął ją w talii i szepnął coś do ucha, na co ta zachichotała jak pijana nastolatka. Cóż, pijana prawdopodobnie już była, a co do nastolatki też można by debatować. Następnie, ani na moment nie uwalniając się z objęć Zayna, wstała i stanęła obok niego.
– Idziemy po coś do picia – zakomunikował Zayn. – Jakieś specjalne życzenia?
Od razu w górę wystrzeliła ręka Nialla, jak u ucznia zgłaszającego się do odpowiedzi (ewentualnie z prośbą o zezwolenie na wyjście do ubikacji).
– Dla mnie piwo imbirowe!
– Payno?
– Kierowca – przypomniał mu Liam, odchylając się lekko i klepiąc po przedniej kieszeni spodni, gdzie zapewne były kluczyki.
– Okej, okej. Dla ciebie, kolego?  zwrócił się do Harryego.
 N-nic, dziękuję  odpowiedział, lekko onieśmielony.
Zayn wzruszył tylko ramionami, jakby rozczarowany, że jego wyprawa nie okazała się mieć większej wagi i na odchodne rzucił jeszcze:
– Tobie to co zwykle, Tommo?
Louis uniósł nieznacznie swoją szklankę z drinkiem ku górze i odparł:
– Dzięki, na razie mam.
– To pij szybciej, bo zaraz wracam – prychnął Zayn i wystawił mu język, znikając z Nadine w kierunku barku.
Jako że wraz z odejściem ich dwójki, zwolniło się miejsce na kanapie, Louis natychmiast rozsiadł się wygodnie i odłożywszy drinka na stolik przed nimi, przeciągnął się i przełożył ręce za głowę. Zaraz jednak przesunął się, robiąc miejsce w środku i zaprosił gestem Harry’ego, by do nich dołączył. Harry, wyraźnie spięty, przysiadł na samej krawędzi, skubiąc nerwowo materiał bluzy, która pachniała Louisem. Nie podnosił wzroku, jakby najważniejszym jego zadaniem było naciągnięcie rękawów na kciuki bez nasuwania ich na kostki.
– No więc, Harry, skąd się znacie? – zagadał Niall, krzyżując ręce i opierając je na kolanach. – Louis nic o tobie nie wspominał, myśleliśmy, że przy jego niespecjalnie przyjaznym podejściu jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy jeszcze z nim wytrzymują. No ale, jak widać, witaj w gronie skazanych na Tommo. Spotkania terapii grupowej mamy w środy i soboty, jesteś mile widziany.
Nie trudno było zauważyć, że blondyn był niezwykle rozgadany i gdyby pozwolić mu się rozkręcić, mógłby ciągnąć swoją paplaninę jeszcze dobrą godzinę. Liam jednak zaraz poklepał go po ramieniu, przez co umilkł i odwrócił się w jego stronę z pytającą miną.
– Dla skazanych na Nialla spotkania terapii grupowej są we wszystkie pozostałe dni – wtrącił Liam z pobłażliwym uśmiechem, na co Niall fuknął z udawanym oburzeniem i strącił jego rękę ze swojego ramienia.
Louis zaśmiał się głośno, widząc zawistne spojrzenie kolegi i zaraz chwycił ze stolika coś, co okazało się tiarą i nałożył ją na jasną, nastroszoną czuprynę.
– Teraz jest idealnie, jak obrażalska księżniczka na ziarnku grochu – skwitował.
– Żebyś się zaraz nie obudził z tym groszkiem w d...
– Niall! Zachowuj się – zganił go Liam.
– Właśnie – przytaknął Louis złośliwie, szczypiąc jego policzek. – Księżniczce nie wypada używać takich słów.
Niall zdjął z głowy swoją tiarę i rzucił nią w Louisa, jednak ten w porę się uchylił i korona trafiła prosto w piramidkę czystych kieliszków. Na całe szczęście uderzyła w jej szczyt i lecące dwa szklane naczynka nie przykuły niczyjej uwagi.
– Jakby co, to cię nie znamy. Liam?
– Jak najbardziej.
– Chłopaki, noo! Nie róbcie mi tego, kto będzie płacił za pizzę w pizzowe wtorki? Hej, jutro jest wtorek! – zawołał Niall z odkryciem. – Nie, nie zgadzam się!
Siedzący między nimi Harry bez słowa przypatrywał się ich wygłupom z nieśmiałym uśmiechem i zastanawiał się, czy właśnie tak wyglądałaby jego codzienność w alternatywnej rzeczywistości. Czy miałby paczkę zwariowanych przyjaciół, chodziłby na imprezy, wydurniał się, narzekał na szkołę i osoby, za którymi nikt nie przepada? Czy martwiłby się tym, jak skombinować kasę na wypad w góry albo czy powiedzieć koledze, że jego dziewczyna go zdradza? Czy mógłby wrócić do domu następnego dnia w południe i nie zawracać sobie głowy tym, że nie wziął porannej porcji leków? Wszystko to wydawało się takie proste i mało skomplikowane i może dlatego Harry niczego nie pragnął bardziej niż tego.
Zaraz po tym, jak wrócił Zayn i szybko we trójkę uporali się z przyniesionymi przez niego drinkami, dołączyła do nich Nadine już z następną kolejką. Louis postawił przed Harrym tackę z sześcioma szotami. Na początku Harry spanikował, ale Louis oznajmił, że przysługuje mu tylko jeden kieliszek w ramach degustacji. Gdy wszyscy chwycili więc w dłonie po kieliszku, unieśli je w górę i na raz wypili całą zawartość bez skrzywienia się – wszyscy za wyjątkiem Harry’ego, który zaczął się krztusił i marszczyć nos, jakby dali mu całą łyżkę kropli grejpfrutowych.
– Hazza, wszystko okej? – zapytał Louis nieco przestraszony, klepiąc go po plecach.
– Ugh – wydusił Harry ze łzami w oczach, mlaskając z niesmakiem. – Chciałeś mnie otruć? Przyznaj się, bo nie wierzę, że ludzie dobrowolnie coś takiego piją.
W tym momencie Niall wybuchł zaraźliwym śmiechem, który był przepełniony nie drwiną ani politowaniem, a czystą radością. Atmosfera od razu się rozluźniła i Harry zaczął w końcu czuć się swobodnie w ich towarzystwie. Rozmawiali na każde tematy, choć w większości przypadków najwięcej mówił Louis i Niall, a Harry tylko zaśmiewał się i odpowiadał na bezpośrednio jemu zadane pytania. Oczywiście nie dał się namówić na kolejny kieliszek ani nawet na słabego drinka, przez długi czas nie mógł się bowiem pozbyć nieprzyjemnego palącego uczucia w żołądku. Mimo to dawka śmiechu, której doznał tego wieczoru, przyprawiła go o ból brzucha i policzków. I kiedy udało mu się stłamsić w kącie jego głowy wyrzuty sumienia związane z okłamaniem mamy, naprawdę cieszył się, że dał się na to namówić.
– Powinieneś się częściej uśmiechać – usłyszał głos, który wyrwał go z zamyślenia.
Przeniósł wzrok z roztańczonego Nialla, próbującego nauczyć Liama jakichś dziwnych kroków i zobaczył zadowoloną twarz Louisa. Nie było na niej cienia złośliwości, patrzył na niego ze zwykłą szczerością i beztroską.
– Lubię twoje dołeczki – dodał i nie mogąc się powstrzymać dźgnął palcem w policzek Harry’ego, a kiedy jego usta znowu rozciągnęły się w szerokim uśmiechu i w owych policzkach ukazały się dołeczki, zachichotał uradowany.
– Jesteście przeurooooczy! – zawył Niall, a oczy iskrzyły mu w świetle kolorowych lamp.
DJ, którego zadaniem było dopilnować, żeby muzyka tworzyła atmosferę do dobrej zabawy, sam zabawił się zbyt dobrze, bo nagle zniknął gdzieś i nikt nie mógł go znaleźć. Puścili więc utworzoną przez niego wcześniej playlistę, ale głośniki zostały ściszone i komunikacja stała się o wiele prostsza, a pasmo możliwości spędzania czasu na kanapie (nie mogli jej opuścić, bo prawie każdy czaił się na to miejsce) poszerzyło swoje granice.
In Mullingar that night I rested limbs so weary – podśpiewywał głośno Niall, brzdąkając na gitarze, którą nie wiadomo właściwie skąd przytargali. – Started by daylight, next mornin' light and airy...
Louis stanął na szerokim blacie stołu i wyciągnął rękę w stronę Harry’ego, uśmiechając się do niego zapraszająco. Nie zważając na sprzeciwy Harry’ego, który wiedział, że to przyciągnie wzroki innych gości, wciągnął go na swoją „scenę” i porwał go do tańca w rytm skocznej irlandzkiej piosenki. Klaskali, śmiali się i tańczyli, choć żadne z nich nie potrafiło tańczyć.
Parę osób nawet zainteresowanych tym poruszeniem zebrało się wokół nich, klaszcząc do rytmu, niektórzy śpiewali pojedyncze wersy.
– Niall, jesteś Irlandczykiem? – udawał zdumienie Liam. – Dlaczego nam nie powiedziałeś?
W odpowiedzi Niall tylko kontynuował śpiewanie z dosadnym akcentem:
That’s an Irishman’s cure whene’er he’s on for drinking!
Ostatnie cztery mocne szoty pod rząd wyraźnie dały mu się we znaki, bo podrygując głową w rytm muzyki, w pewnym momencie zachwiał się za mocno i niemalże spadł z oparcia kanapy. W porę złapał go Liam, który pokręcił głową rozbawiony, a następnie odłożył gitarę na bok.
– No dobra, kolego, czas na nas – oznajmił, trzymając go, żeby znowu się nie przewrócił.
Widząc koniec zabawy, Harry usiadł po turecku na stole, a Louis dołączył do niego. Oboje byli nieźle wymęczeni, ale uśmiechy nie schodziły z ich twarzy i cały czas posyłali sobie ukradkowe spojrzenia.
– Puszczaj! Ja zostaję! – protestował Niall. – Feisigh leat!
– Co takiego? – mruknął Harry do Louisa, gdy oboje przysłuchiwali się temu sporowi.
– To chyba jedyne zdanie, które Niall zna po irlandzku. Znaczy spierdalaj, czy coś – wyjaśnił Louis chichocząc. – Dziadek go nauczył.
Liam wywrócił oczami i wstał, podejmując jednocześnie próbę podniesienia ze sobą Nialla.
– Mam ci przypomnieć, że jutro jest wtorek i zajęcia zaczynasz o dziewiątej, a nie dwunastej?
– Pizzowy wtorek.
– Pizzowy wtorek zaczyna się poranną wycieczką na uczelnię.
Po długich i zaciętych negocjacjach, udało się przekonać Nialla, że jeśli wróci już do domu, po drodze zahaczą o pizzerię, co było oczywistym kłamstwem, zważywszy na późną godzinę. Kiedy dwójka chłopaków wyszła, Louis rozłożył się na kanapie i posłał poniżające spojrzenie trójce młodych ludzi, którzy zerkali cały czas w ich stronę, za pewne z nadzieją, że teraz oni też pójdą. Zaraz jednak rozejrzał się dookoła, marszcząc brwi i zapytał powoli:
– A gdzie Zayn i ta jego nowa panienka?
Harry wzruszył ramionami, siadając obok i podciągając kolana pod brodę.
– Co za niewyżyta maszyna hormonalna... – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – A ty, jak się bawisz?
– Masz niesamowicie pokręconych znajomych – odparł Harry rozbawiony. – Teraz już wiem, skąd to się u ciebie wzięło.
– W sumie Niall jest najbardziej popieprzony w towarzystwie. Zayn to raczej tajemniczy pan amant, a Liam to ten odpowiedzialny – objaśnił po kolei. – Ale to tylko kwestia pozorów. Jak bliżej ich poznasz, to nie będziesz potrafił stwierdzić, kto ma najbardziej skrzywiony sufit. Głównie dlatego, że sam przez ten czas zwariujesz.
– Ładne masz zdanie na temat własnych przyjaciół.
– Czy nie od tego są przyjaciele, żeby mieć o sobie najgorsze możliwe zdanie i mimo to się ze sobą zadawać? – zaśmiał się Louis, po raz kolejny nie mogąc się oprzeć pokusie, by trącić palcem policzek Harry’ego i wywołując tym samym uśmiech na twarzy młodszego chłopaka.
Wkrótce wspólnie ustalili, że sami też będą się powoli zbierać, jako że impreza zaczęła zmieniać się w jedną wielką popijawę, a stężenie alkoholu w powietrzu wewnątrz domu musiało wynosić ponad pięć promili.
– Skoczę się jeszcze odlać – poinformował Louis, podnosząc się ze swojego miejsca. – Poczekasz chwilę?
Harry przytaknął tylko, więc Louis odwrócił się na pięcie i skierował swoje kroki w stronę łazienki na parterze. Kiedy jednak stanął pod drzwiami, usłyszał donośne nieprzyjemne chrząkanie i odgłosy, świadczące o tym, że ktoś zdecydowanie za mocno zabalował. Skrzywił się i postanowił sprawdzić łazienkę na górze, która, o ile dobrze pamiętał, znajdowała się na tyle daleko, że nikt, komu nagle wątroba i żołądek odmówili współpracy, nie zdążyłby tam dobiec. Na szczęście, tak jak przewidywał, całe piętro było puste, łącznie z łazienką.
Gdy załatwił już swoją potrzebę [odcedził kartofelki ahahahahah przepraszam], zatrzymał się jeszcze przed zlewem i spojrzał w lustro. Jego włosy były w kompletnym nieładzie, a idealnie wymodelowany quiff, którego nauczył go Zayn, wyglądał jak połamana skocznia narciarska. Zamoczył rękę pod strumieniem zimnej wody i rozczochrał fryzurę jeszcze bardziej, by pozbyć się resztek lakieru, a następnie lekko przeczesał palcami włosy do tyłu. Dalej wyglądało to niechlujnie, ale przynajmniej można by powiedzieć, że to celowy zabieg.
Nagle Louis poczuł w kieszeni wibracje, ale ustały one, zanim zdążył zareagować. Wyciągnął telefon, a na wyświetlaczu pojawiła się ikonka siedmiu nowych wiadomości i trzech nieodebranych połączeń. Odblokował ekran i odczytał je.
Zayn: To najbardziej krepujaca sytuacja jaka mogla zaistniec
Zayn: Ale jako dobry przyjaciel masz czuc sie zobowiazany zeby mi pomoc
Zayn: Tylko kurwa odbierz w koncu
Zayn: Odklej sie na moment od swojego cud-chlopca i przyjdz tu
Zayn: Jestem w pokoju na pietrze, trzecie drzwi na lewo
Zayn: Spoko, nie spiesz sie
Zayn: Poczekam, nigdzie sie nie ruszam....
Louis zmarszczył czoło i wyszedł z łazienki, cały czas trzymając telefon w obu dłoniach. Rozejrzał się po korytarzu i odliczywszy drzwi po swojej prawej stronie, zapukał do środka.
– Louis? – odezwał się przytłumiony głos, a Louis otworzył drzwi i wszedł do pokoju.
Stanął jak wmurowany jeszcze w progu ze świadomością, że tego, co właśnie widział, długi czas nie będzie mógł się pozbyć z pamięci. Jego przyjaciel leżał kompletnie nagi na łóżku, oboma rękoma przywiązany do drewnianych słupków baldachimu, a w lewej dłoni ściskał kurczowo komórkę.
– Nie patrz się tak, kurwa, bo jeszcze ci stanie – warknął z zażenowaniem.
– Co... co to ma być? – wydukał zszokowany Louis, nie wiedząc, czy powinien się śmiać, czy płakać. – Chcesz mi o czymś powiedzieć? Jak na mnie lecisz, to trzeba było załatwić to jakoś subtelnie.
– Tylko bez komentarza – ostrzegł Zayn groźnie. – Cholerna Perrie... W chuja mnie zrobiła. Może byś mnie tak odwiązał z łaski swojej?
Louis potrząsnął głową i wypuścił głośno powietrze z płuc, podchodząc do łóżka.
– Raczej to ty ją zrobiłeś w chuja – zauważył z kpiącym uśmiechem. – Ponoć to z nią się umówiłeś tutaj, a nagle wylądowałeś z tą całą Nadine... To karma, frajerze.
– Możesz nie komentować? – Zayn usiadł na krawędzi łóżka i roztarł uwolnione w końcu nadgarstki.
Gdyby ktoś teraz wszedł do pokoju, mógłby śmiało pomyśleć, że między dwójką doszło właśnie do urzeczywistnienia jakichś dziwnych sadystyczno-masochistycznych fantazji seksualnych. Jak tylko oboje zdali sobie z tego sprawę, wzdrygnęli się, a Louis odwrócił głowę w przeciwnym kierunku, jęcząc zniesmaczony:
– Załóż coś na siebie, błagam.
– Myślałem, że ci się spodoba, w końcu jesteś gejem.
– Widzieć najlepszego kumpla nago, to tak jak zobaczyć nago dwunastoletnią siostrę.
– No nie wiem, jakie masz...
– Nie drąż tematu – uciął Louis natychmiast  tylko ubieraj się.
Zayn nie odpowiedział, tylko zaczął przeszukiwać gorączkowo całą sypialnię, owinięty luźno prześcieradłem, mamrocząc nieprzyzwoite wyzwiska pod nosem.
– No nie wierzę... Ta suka buchnęła moje ciuchy!
Uderzył pięścią w szafkę nocną i opadł z powrotem na łóżko, stukając głową o ścianę za sobą.
– I tak wszyscy są już tak schlani, że możesz równie dobrze wyjść w stroju Sokratesa. – Louis wskazał gestem ręki na jego „szatę” z prześcieradła. – Pożycz jakieś spodnie od Grimshawa, albo po prostu weź je bez pytania, i tak się nie zorientuje...
Patrząc, jak jego przyjaciel załamany próbuje wymyślić jakieś wyjście ze swojej beznadziejnej i upokarzającej sytuacji, w duchu Louis był dumny z siebie, że nie wypił aż tyle. W zasadzie zawdzięczał to Harry’emu. Gdyby on nie przyszedł tu z nim, jutro rano na pewno obudziłby się z dwustukilogramowym odważnikiem na głowie zwanym kacem.
Cholera.
Harry!


Zaraz po tym, jak sylwetka Louisa zniknęła za rogiem ściany, Harry poczuł niepokój i dziwny ścisk w żołądku. Przyciągnął kolana jeszcze bliżej klatki piersiowej, jakby starał się zwinąć w kulkę tak małą, by nikt go nie zauważył. Nie czuł się pewnie wśród tłumu pijanych ludzi, których kompletnie nie znał. Ani na chwilę nie spuszczał wzroku z miejsca, gdzie ostatnio widział Louisa, wyczekując na jego powrót niecierpliwie i modląc się w duchu, żeby nikt do niego nie zagadał.
Jego modlitwy nie zostały wysłuchane, bo zaraz poczuł, jak kanapa ugina się obok niego pod czyimś ciężarem.
– Co siedzisz tutaj tak sam? – zaczepił go ktoś.
Mimowolnie Harry odwrócił się w jego kierunku. Obok siedział wysoki brunet o jasnej karnacji i nieco dłuższych włosach, ułożonych w idealnego quiffa. Miał szeroki uśmiech i ostre, męskie rysy twarzy. Jego spojrzenie było bystre, ale przyjazne, mimo to Harry nie czuł się komfortowo w swoim obecnym położeniu.
– Nie widziałem cię tu wcześniej. Przyszedłeś z kimś?
Harry lekko skinął głową, ale nie powiedział nic więcej, nerwowo zerkając tylko, czy Louis nie wraca.
– Jestem Nick, tak przy okazji. – Chłopak wyciągnął rękę w jego stronę, a Harry obrzucił ją nieufnym spojrzeniem i uścisnął niepewnie.
– Harry.
– Jak się bawisz, Harry? – rzucił luźno, podsuwając mu szklankę z drinkiem, ale Harry odmówił grzecznie. – No napij się trochę, na poprawę humorku. Widzę, że jesteś nie w sosie. [nie, jestem w łan di, heheheh, znowu przepraszam.]
– Po prostu nikogo nie znam - mruknął cicho.
– Znasz już mnie. A jak znasz mnie, to nikt więcej ci nie potrzebny – podsumował Nick, obejmując go bezwstydnie ramieniem. – Widzisz, jestem gospodarzem tego skromnego przyjątka.
Z jego ust czuć było mocny odór alkoholu i Harry skrzywił się, kiedy chłopak przysunął go do siebie. Serce biło mu coraz szybciej w narastającym niepokoju. Louis nadal nie wracał. Ile czasu może zajmować coś takiego? A co, jeśli o nim zapomniał? W końcu też trochę wypił, może poszedł do domu bez niego. Jego obecność na tej całej imprezie nie była jakoś specjalnie wyraźna, Louisowi mogło zwyczajnie wypaść z głowy, że przyszedł tutaj z nim. Zostawił go. A obiecywał, że będzie cały czas przy nim.
Korzystając z chwili rozproszenia, kiedy Nick odchylił się, żeby upić łyk trunku ze szklanki, Harry wyrwał się z jego uścisku i szybko zlokalizował drzwi wyjściowe. Kołatanie w sercu nie ustawało, a otaczające go dźwięki wydawały się stłumione jak zza szyby. Ocierając rękawem burgundowego swetra zdradzieckie łzy w kącikach jego oczu, pospiesznie opuścił budynek bez oglądania się wstecz.





*właściwie to pociąg, bo chodzi o London Overground, ale tramwaj brzmi jakoś lepiej (okej, wiem, że to i tak nie robi żadnej różnicy)

8 komentarzy:

  1. Dobra kurwiszonie XD rozdział był dhrfhgdf słego yolo myslałam ze w koncu sie będą lizać..no ale coż,ogólnie ff jest super,łatwo sie czyta,fajnie piszesz :) czekam na nastepny (mam nadzieje ze nie przez miesiąc haha) narcia

    OdpowiedzUsuń
  2. O boze to najlepsze opowoadanie jakie koedykolwiek czytalam!!!!! Hshshsbdindkshdjdnd bosze jest cudowne.
    Mam nadzieje ze lou dogoni hazze i go przeprosi ze go zostawil hshs. Czeksm na kolejny rozdzial!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dopiero skonczylam czytac od poczatu bo kolezanka polecila mi ten blog i powiem ci szczerze ze jest swietny! Nie moge sie doczekac nastepnego rozdzialu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem tak bardzo zakochana w tym opowiadaniu. Uwielbiam Twoje opisy, porównania. No wszystko. Znowu zaczynam od słodzenia, ale no co poradzisz ;) Sytuacja z przywiązanym Zayn'em była genialna. Louis jest tutaj taki uroczy. Szkoda mi Harry'ego, ale idealnie się złożyło, że się poznali. No cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jest idealnie i nie karz czekać na kolejny tak długo! Buziaczki.
    Zapraszam Cię na nowy rozdział. ;) http://fuckingbiglove.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Przepraszam Cię za spam kochana, ale chciałabym CIę zaprosić na bloga, którego współtworzę. Historia nie będzie całkiem zwyczajna więc mam nadzieję, że Ci się spodoba. ;) buziaki.
    http://badchoices1d.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Trafiłam tutaj całkiem przypadkowo, ponieważ zobaczyłam link do twojego bloga w komentarzu pod rozdziałem, który wcześniej czytałam, ale postanowiłam zajrzeć. Cóż.. nie jestem fanką tego shipu, ale styl pisania masz tak wspaniały, że postanowiłam przebrnąć przez fabułę. Podoba mi się, naprawdę. Jest interesująco, w żadnym wypadku nudno i z pewnością zajrzę tu jeszcze nie raz. Powodzenia w dalszym pisaniu! :)

    W wolnej chwili zapraszam do siebie: http://wicked-fanfic.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Jejuuu... wciągnęłam się, chcę więcej! Uwielbiam Larry'ego, a Twoje opowiadanie jest wręcz uzależniające, serio. Czekam z niecierpliwością, co będzie dalej i ostrzegam, że już się mnie, moja droga, tak łatwo nie pozbędziesz :D
    Życzę weny, xoxo

    OdpowiedzUsuń
  8. Rozjebujesz mnie tymi tekstami i mam beke na caly dom o 5 rano... Tak od 1 czytam do teraz.. Nevermind. Perf piszesz ide dalej czytac

    OdpowiedzUsuń