Informacje

Informacja (27.10.2015)
(patrzcie na dół)

23 stycznia 2015

IX. Flicker

Flaki z olejem trochę. Nie mam siły na nic.
Nie ma to jak wiara w siebie i pełna motywacja, haha. Chyba za bardzo mi się mózg nudzi przez te ferie.
(Btw. jako że rozdziały są dodawane niezbyt regularnie, to jakby ktoś chciał być powiadamiany o nowych rozdziałach, to piszcie w komentarzach albo na tt @stepoutthequeue .)

No i komentujcie, proszę, bo każda Wasza opinia to ogromna motywacja. x


*




– Harry! Hazza!
Louis zbiegł po schodach z powrotem do salonu i automatycznie jego wzrok powędrował na kanapę, którą wcześniej zajmowali. Zamiast drobnej niewinnej postaci Harry’ego, zobaczył na niej rozwalonego wygodnie bruneta z nogami wyłożonymi na stół i trzymaną w ręce do połowy wypitą szklanką z jakimś trunkiem. Zamaszystym krokiem Louis podszedł do niego, zaciskając pięści na samą myśl o konieczności rozmowy z tym nadętym palantem.
– Ach, Lewis! – zawył chłopak, gdy tylko go zobaczył, unosząc rękę, a kostki lodu zadzwoniły w jego szklance.
– Grimshaw – warknął, ignorując fakt, że Nick źle wymówił jego imię. Zawsze to robił, z czystej złośliwości. – Gdzie Harry?
– Czyli to twój chłoptaś? Całkiem niezły. Słodziutki. Nie czaję, jak mogłeś go zostawić tutaj samego, ja nie mógłbym się od takiego odkleić nawet na moment.
Paznokcie w zaciśniętych mocno pięściach Louisa zaczęły wbijać mu się w wewnętrzną stronę dłoni. Był to odruch, który towarzyszył mu przy każdej konfrontacji z Grimshawem i którego nie mógł się oduczyć.
– Gdzie on, kurwa, jest?
– Nie był w specjalnie imprezowym nastroju, przed chwilą wyszedł – odparł bez przejęcia Nick, przyglądając się swoim paznokciom.
– Jak to wyszedł? Gdzie? – Louis wytrzeszczył oczy, a żyłka na jego skroni zaczęła niebezpiecznie pulsować. – Dlaczego go puściłeś?!
– A czy ja wyglądam na niańkę? – Grimshaw wywrócił oczami i upił spory łyk alkoholu.
Louis prychnął ze wściekłością i odwróciwszy się na pięcie, wyszedł z salonu. Nienawidził tego człowieka. Żywił do niego ogromną niechęć i teraz poważnie zaczął się zastanawiać, dlaczego w ogóle zmienił zdanie i tu przyszedł. Największym problemem obecnie było jednak samo zniknięcie Harry’ego. Louis miał ochotę uderzyć się w twarz za to, że go zostawił. Przecież dobrze wiedział, że Harry w życiu nie miał do czynienia z tak zaludnionym otoczeniem, czytał nawet o tym w jego cholernym dzienniku, ba, sam Harry powtarzał to w kółko, odkąd padła propozycja przyjścia tu. Louis powinien był się domyślić, że w takiej sytuacji stany lękowe i ataki paniki są typowe.
Kurwa, co kretyn ze mnie, skarcił się w myślach.
– I co, znalazłeś go? – spytał Zayn, który właśnie zszedł na dół w ciemnoszarych dżinsach, poprawiając kołnierz „pożyczonej” gładkiej koszuli.
– Nie – mruknął Louis, szukając wzrokiem charakterystycznej czupryny.
Wyszedł na dziedziniec zdenerwowany i nie przestając się rozglądać dookoła, wyciągnął komórkę i wybrał zieloną słuchawkę obok numeru Harry’ego. Serce biło mu jak oszalałe, z każdym kolejnym sygnałem coraz mocniej. Po kolejnym nieodebranym połączeniu przeszedł się dookoła domu. Minęła już trzecia, a kiedy postanowili z Harrym wracać, było ledwie po drugiej. Musi go znaleźć, w końcu sam go tu zaciągnął, tym samym wziął na siebie odpowiedzialność za niego. Kręcił się niespokojnie po dziedzińcu, wypatrując go wśród pijanych imprezowiczów, a oparty o filar Zayn, który zaskakująco dobrze się trzymał, obserwował go tylko sprzed głównego wejścia z odpalonym papierosem w ustach.
– Zobacz, czy może twój Kopciuszek nie zgubił tu gdzieś buta – zaśmiał się ochryple, ale momentalnie zamilkł pod wpływem groźnego spojrzenia Louisa.
Oczywiste było, że jeśli Harry wyszedł, już dawno znajdował się poza tą okolicą, dlatego takie poszukiwania nie miały szans przynieść pożądanych rezultatów. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego nie czekając na nic, ruszył przyspieszonym krokiem do ulicy. Rozejrzał się w obie strony, próbując ustalić kierunek, który mógłby obrać Harry. Spory kawałek dalej, po lewej, dostrzegł w słabym świetle ulicznych latarni wejście do parku. Niewiele się zastanawiając, zaczął biec w jego stronę.
– Hazza! Wracaj, Harry! – krzyczał, czując, że niedługo głowa wykręci mu się od szyi od tego ciągłego rozglądania się.
Wstąpił na główną ścieżkę w parku i zatrzymał się, by nasłuchać jakichkolwiek odgłosów. Wszystko pogrążone było niemalże w całkowitej ciemności, bo na noc wyłączali tam światła. Po krótkim biegu puls Louisa jeszcze bardziej przyspieszył, a w głowie zaczęło mu wirować od – nawet jeśli niewielkiej jak na niego, to jednak jakiejś – ilości spożytego alkoholu. Nie mógł być jednak aż tak pijany, bo sprawdzenie parku okazało się być strzałem w dziesiątkę. W jednej w bocznych alejek odchodzących od jego centralnej części, dostrzegł skuloną postać, która pospiesznie zmierzała do wyjścia po przeciwnej stronie.
– Stój, Harry! – zawołał Louis i zbierając resztki sił, dogonił go w niecałą minutę.
Chłopak odwrócił się mimowolnie, złapany za ramię, a uwadze Louisa nie umknął fakt, że przez ułamek sekundy jego oczy zalśniły w nikłym blasku księżyca.
– Czego chcesz? – wymamrotał, wyrywając się mu i odstąpił krok wstecz.
– Co jest? – Louis zmarszczył brwi z troską. – Czemu wyszedłeś?
Harry nie odezwał się, tylko spuścił głowę i schował ręce do kieszeni spodni. Przez dłuższy moment zapadła cisza, którą przerywał jedynie przyspieszony oddech Louisa i przejeżdżające gdzieś dalej za parkiem samochody.
– Ej – mruknął Louis i uniósł lekko podbródek Harry’ego, by mógł na niego spojrzeć. Chciał wyczytać coś z jego twarzy, jakąkolwiek emocję, ale było zbyt ciemno, a on coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że trzeźwość jego umysłu została stłumiona przez alkohol.
– Puszczaj – uciął Harry, odtrącając jego rękę. – Wracam do domu.
– Nie wygłupiaj się, jest trzecia w nocy. Rano cię odprowadzę do domu, zaufaj mi, ale teraz chodź, pójdziemy do mnie. To bliżej.
– O-obiecałeś – wyjąkał tylko, ale zaraz dodał: – Obiecałeś, że mnie nie zostawisz samego. Obiecałeś i złamałeś obietnicę, a teraz chcesz, żebym ci ufał? Jak?
Louisowi zabrakło słów. Rozczarowanie, które usłyszał w głosie Harry’ego złamało w nim coś, odebrało mu mowę. Nie będąc w stanie zdobyć się na nic innego, stał wpatrzony w ledwie widoczne zielone tęczówki i myślał gorączkowo nad odpowiedzią, która mogłaby jakoś naprawić sytuację. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, Harry odwrócił się i odszedł, zostawiając Louisa z wyrzutami sumienia.
Louis nie pobiegł za nim. Chyba pierwszy raz w życiu postanowił odpuścić i pozwolił mu spokojnie wrócić do domu. Zawiódł go i chociaż według niego nie była to wielka sprawa, rozumiał, że dla Harry’ego mogła mieć większą wagę. Louis był pierwszą osobą od dłuższego czasu, którą do siebie w pewnym stopniu dopuścił i jak na złość ta właśnie osoba zawiodła jego zaufanie niemalże na samym starcie. W dodatku przez taką drobną obietnicę. Harry miał rację. Skoro Louis nie potrafił dotrzymać głupiego słowa, jak miałby mu ufać?
Wrócił więc zrezygnowany pod dom Grimshawa i odnalazł Zayna siedzącego na schodkach przy wejściu. Właśnie odpalał kolejnego papierosa, a gdy już to zrobił, Louis zwinnym ruchem wyciągnął mu go z ręki. Włożył filtr do ust, opierając się o filar podtrzymujący balkon nad drzwiami frontowymi. Zaciągnął się mocno i wypuścił dym z płuc, zamykając przy tym oczy.
– Idziemy? – rzucił do Zayna, który mierzył go oburzonym wzrokiem.
– A gdzie Harry?
Louis nie odpowiedział, tylko odepchnął się od kolumny i ruszył przed siebie. Zayn tylko wywrócił oczami i podążył za nim bez słowa. Znał Louisa na tyle dobrze, żeby być w stanie rozpoznać sytuację, w której lepiej się zamknąć i poczekać, aż sam coś powie. To była niezaprzeczalnie jedna z takich sytuacji.

Następnego dnia ranek zaczął się dla Louisa prawie w południe. Gdyby nie uporczywe szczekanie psa pana Watkinsa z trzeciego piętra, obudziłby się pewnie o zmroku. Sen po długim nocnym spacerze, jaki sobie zafundował wybierając powrót do domu pieszo, był tak przyjemny i mocny, że żal mu było wstawać z łóżka. W końcu zebrał jednak w sobie namiastkę silnej woli i pomaszerował do kuchni. Czekając, aż woda w czajniku się zagotuje, wyciągnął kubek i zasypawszy go herbatą, odpalił papierosa z paczki, którą Zayn zostawił na lodówce.
Nachylił się nad ladą i opierając się na niej łokciem, wyjrzał przez okno. Typowa szarówka okalała miasto, przyprawiając jego mieszkańców o jeszcze mniejszy zapał do działania. Życie w takim klimacie miało swoje wady i zalety – plusem było na pewno to, że w lipcu słońce nie spalało żywcem każdego, kto tylko wyjdzie na zewnątrz. Do minusów zaś zaliczała się owa chandra, która od czasu do czasu dopadała każdego, kto nie kwapił się z nią walczyć.
Nagle w umiarkowanej ciszy, jaka gościła w ich pustym mieszkaniu, rozbrzmiał krótki dźwięk telefonu, dobiegający z pokoju Louisa, dlatego ten natychmiast zgasił papierosa w doniczce z kwiatkiem, którego intencjonalnie nazywali z Zaynem „petunią” i potruchtał do swojej sypialni.
Gdy w oczekiwaniu odblokował komórkę (którą znalazł w koszu na pranie, mimo że jego wczorajsze ubrania nadal leżały na krześle w drugim kącie pokoju), na ekranie głównym pojawiło się powiadomienie o trzech nowych wiadomościach oraz jednym nieodebranym połączeniu. Jako że numer, z którego ktoś próbował się do niego dodzwonić, był mu nieznany, od razu to zignorował i przeszedł do skrzynki odbiorczej.
Pierwsza wiadomość była od Zayna, piszącego, że o dwunastej przyjdzie sprzątaczka, więc nie musi się kłopocić z myciem naczyń – co było oczywistym żartem, bo żadne z nich tego nie robiło, dopóki szafka z kubkami nie zrobiła się zupełnie pusta.
Zerknął na ikonkę zegara w prawym górnym rogu ekranu. Miał jeszcze niecały kwadrans.
W drugiej Eleanor wysłała mu zdjęcie zrobione z ławki, na którym było widać panią Margaret Wechsler, ekscentryczną profesor od gospodarki regionalnej, w jej najnowszej musztardowożółtej kreacji i czerwonym bolerku. Podpis pod zdjęciem głosił: „Hot dog czy Maggie?” i Louis przeczytawszy go, parsknął śmiechem.
Nie odpisał na żadną wiadomość, tylko przeszedł lekko zdenerwowany do trzeciej. Miał nadzieję, że Harry w końcu się odezwał. Chociaż nie wątpił, czy udało mu się trafić zeszłej nocy do domu, dusiły go wyrzuty sumienia, że pozwolił mu iść samemu. Starał się nie myśleć o tym, że coś mu się mogło stać i cierpliwie (a właściwie nie do końca, z czego zdał sobie sprawę, gdy po raz osiemnasty napisał mu przeprosiny, domagając się jednocześnie odpowiedzi) czekał na powiadomienie na ekranie oznaczone jego imieniem.
Trzecią wiadomość jednak napisała do niego mama, co sprawiło, że poczuł ukłucie rozczarowania. Był to typowy SMS do syna, który wyjechał na studia do innego miasta. Co u ciebie, jak na uczelni, tęsknię za tobą. Co przykuło uwagę Louisa spośród całej tej matczynej paplaniny, to pytanie, czy uda mu się w przyszłym tygodniu też przyjechać. Planowała zaprosić całą rodzinę na swoje czterdzieste urodziny i bardzo zależało jej, żeby jej kochany syn się pojawił, najlepiej z osobą towarzyszącą, bo chętnie pozna w końcu jego wybrankę.
Że co kurwa?

– Wysiadaj, młody, to ostatnia stacja! – zaburczał donośny głos.
Harry wyjął słuchawki z uszu i odłożył na półkę pod oknem książkę, którą pożyczył z samoobsługowej „biblioteczki” na końcu drugiego wagonu. Pociąg zajechał na znajomy dworzec punktualnie o szóstej dwanaście, dlatego Harry, wymijając kontrolera biletów w przejściu, opuścił przedział.
Był zmęczony, choć podmuch świeżego powietrza, który dotarł do jego nozdrzy, gdy wyszedł przed dworzec, nieco go orzeźwił. Mimo tego twarz, która odbijała się w szybach wystawowych była blada, a oczy niezdrowo podkrążone. Podczas podróży tam i z powrotem do Bristolu próbował zasnąć, ale bezsenność znowu go dopadła swoimi bezlitosnymi szponami. Cieszył się jednak, że wziął ze sobą portfel, gdzie miał bilet miesięczny, bo inaczej musiałby krążyć pół nocy po Londynie. I nie, nie mógł zwyczajnie wrócić do domu. Nie miał zamiaru dawać mamie satysfakcji z rzucenia w niego kolejnym „a nie mówiłam”.
Potarł prawą skroń i zatrzymał się przy sklepie ze świeżo wypiekanym pieczywem, wydobywając kilka monet wrzuconych wcześniej luzem do kieszeni.
– Poproszę bajgla.
Kiedy wyciągnął rękę, żeby wręczyć sprzedawcy zapłatę, poczuł dziwne mrowienie w koniuszkach palców, a przez oczami zawirowały mu ciemne plamki.
– Wszystko w porządku? – zapytał ze zmartwioną miną piekarz stojący za ladą, zatrzymując się w połowie czynności pakowania bajgla. – Wyglądasz, jakby cię ktoś obsypał mąką.
Harry zaśmiał się słabo, bo mężczyzna pewnie nawet nie zdał sobie sprawy ze swojego zboczenia zawodowego.
– Nic mi nie jest – odparł i odebrał papierową torebkę ze swoim zakupem. – Do widzenia.
– Miłego dnia.
Ruszył dalej przed siebie i ignorując uczucie ucisku na głowie, skubnął kawałek pieczywa. Na pewno zaraz przejdzie.

Choć liczba cyferek na koncie w banku Louisa ani razu chyba nie przekroczyła czterech, chłopak nigdy nie uważał się za sknerę. Po prostu był studentem, żyjącym na własną kieszeń i wraz z uszczupleniem portfela o kolejną sumę, coś ukłuło go w środku. Tym razem zmuszony został wręczyć dwudziestofuntowy banknot kobiecinie w średnim wieku z chustką zawiązaną na głowie, która stała w progu drzwi ich mieszkania przy wózku zapełnionym sprzętem do sprzątania.
– Ładnie się cenisz, Debbie – mruknął żałośnie, a kobieta schowała banknot do kieszonki na piersi w swoim fartuchu.
– Debora – poprawiła opryskliwie. – Policzyłabym mniej, gdybym nie musiała wzywać woźnego, żeby pomógł mi zeskrobać zaschnięty budyń z sufitu.
Louis podrapał się po karku z zażenowaniem na wspomnienie swojego pierwszego i zarazem ostatniego kulinarnego wybryku, a następnie pozwolił sprzątaczce oddalić się do kolejnych mieszkań. Sam zamknął za nią drzwi i usiadł na świeżo wyczyszczonej kanapie. Wszystko wokół lśniło i Louisowi wydawało się, jakby swoją obecnością zakłócał świętość tego miejsca. Czuł się trochę obco, bo ich mieszkanie nie przypominało już speluny, a muzeum. Przez chwilę zastanawiał się, czy Debbie nie wymieniła całego umeblowania na nowe, ale wtedy dwadzieścia funtów byłoby raczej dopłatą za wniesienie mebli na czwarte piętro, a nie pełną kwotą.
Telewizor grał w tle, włączony dla zrobienia jakiegoś hałasu w tej dobijającej ciszy, ale Louis kompletnie nie zwracał uwagi na nudne wiadomości. Jego myśli błądziły wokół SMS-a, którego dostał od mamy. Nie trzeba było być geniuszem, żeby domyślić się, kto podsunął jej informację, jakoby miał mieć dziewczynę. To było podwójnie błędne – raz: bo nie miał, a dwa: nigdy nie będzie miał. Mark na pewno musiał nieźle się bawić, uprzykrzając mu życie takimi skórkami banana rzucanymi pod nogi. Rzeczywiście, ubaw po pachy. Nie mogąc nic na to poradzić, Louis musiał coś wymyślić. Za długo już się wykręcał, a nie mógł przyznać mamie, dlaczego tak naprawdę nigdy nie przyprowadził dziewczyny na rodzinny obiad. Mama to najważniejsza kobieta w jego życiu i nie zniósłby, gdyby się od niego tak po prostu odwróciła. Nie mógł pozwolić Markowi wygrać. Tylko co miał teraz zrobić?
Do tego wszystkiego dochodził jeszcze Harry, który nadal się nie odezwał. Co prawda miał prawo być zły na Louisa i ten rozumiał, że zapewne z tego prawa korzystał, ale mógł chociaż dać znać, że bezpiecznie dotarł do domu. Wszystkie SMS-y Louisa spotkały się jednak z kompletnym brakiem reakcji, jakby wysyłał je pod nieistniejący numer.
Louis przeczesał palcami włosy i pociągnął je w dół z rozgoryczonym jękiem. Nienawidził tego beznadziejnego uczucia zmartwień ciążących mu na klatce piersiowej.
Nagle rozległo się kliknięcie klamki i drzwi wejściowe otworzyły się.
– Wow, czekaj, Li, dobrze trafiliśmy? – Stojący w progu Niall zamrugał kilkakrotnie speszony i już miał się wycofywać, kiedy jego wzrok padł na rozwalonego w butach na kanapie Louisa.
– Stary, co wyście tu zrobili? – odezwał się Liam, wchodząc do środka zaraz za Niallem.
– Nie my, tylko złota Debbie.
– Wiedziałem – stwierdził z pewnego rodzaju triumfem w głosie. – Wiedziałem, że w życiu nie bylibyście sami zdolni do takiego wyczynu.
– Debbie to robot? – zapytał podejrzliwie Niall, który zaraz przy drzwiach zdjął buty i ostrożnie stąpając po panelach, jakby były kruchym lodem, rozglądał się dookoła, a zdziwienie nie opuszczało jego twarzy.
– Taak, bardzo chciwy robot – odparł z ironią Louis. – Co was tu sprowadza?
Niall, chwilowo ignorując jego pytanie, opadł na wielką okrągłą pufę we wzór piłki nożnej i przeciągnąwszy się, przełożył ręce za głowę, a nogi wyciągnął na stolik do kawy. Zaraz jednak Liam, który chciał się dostać na kanapę, strącił je, posyłając przyjacielowi karcące spojrzenie.
Panie i panowie, Liam Payne, największy pedant świata.
– Pamiętasz, jak zaprosiłeś nas do siebie na mecz? – rzucił luźno Niall.
– Nie? – Louis uniósł brew i zrobił krzywą minę.
– Ups. Czyli jednak mi się przyśniło. No nic – wzruszył ramionami, wyciągając z torby zgrzewkę piwa.
Rozerwał folię i rzuciwszy jedną puszkę Liamowi, a drugą Louisowi, otworzył trzecią dla siebie. Zaraz potem rozległy się jeszcze dwa charakterystyczne pstryknięcia.
Louis wpatrywał się tępo w otwór w puszce, która przyjemnie chłodziła mu palce. Ze środka wydobywało się jeszcze ledwie dosłyszalne syczenie ulatniającego się gazu. Przez chwilę naukowo-matematyczna część jego umysłu obliczała czas, przez który musiałby trzymać tak otwarte piwo, żeby stało się pozbawioną dwutlenku węgla i tym samym dobrego smaku cieczą. Zaraz jednak potrząsnął głową i wrócił myślami na ziemię.
– Chwila, stop. Mogliście chociaż zadzwonić – mruknął z niezadowoleniem.
Nie żeby miał coś przeciwko ich wizycie, ale nie lubił niespodzianek. Ogólnie nie lubił, kiedy coś szło inaczej, niż sobie to zaplanował, a dzisiejszego popołudnia miał w planach dosadnie zgłębiać tajniki nicnierobienia.
– Przecież zadzwoniliśmy – żachnął się Niall i upił łyk piwa, po czym dodał: – Do drzwi.
– Właściwie to nie – zauważył Liam sceptycznie. – Słuchaj, Louis, jeśli ci w czymś przeszkodziliśmy, to wpadniemy innym razem...
Niall poderwał się z miejsca i zgarnął pilota, który leżał na przeciwległym krańcu stołu.
– Nie wpadniemy innym razem! – zaprotestował, uruchomiając telewizor. – Sory, Lou, ale nie widzieliśmy się tyle czasu, stęskniłem się...
Louis prychnął z rozbawieniem.
– Nie widzieliśmy się od wczoraj. Znowu wam odłączyli kablówkę, gamoniu?
W odpowiedzi Niall wymamrotał coś pod nosem, ale zaraz krzyknął radośnie z chwilą, gdy reklamy zniknęły, a na ekranie zaczęli nadawać mecz półfinałów ligi.
Następne półtorej godziny upłynęły na nieustannych okrzykach – na zmianę radości i rozpaczy – kiedy Louis i Niall kibicowali dwóm rywalizującym ze sobą drużynom. Liam przyglądał się im z niemałym rozbawieniem, bo ich komentarze były bezcenne. Sam interesował się piłką, ale nie był tak zafascynowany tym sportem, jak jego koledzy.
W drugiej połowie meczu rozdzwonił się telefon.
– Louis, to chyba twój? – powiedział Liam, którego jako jedynego emocje nie ponosiły do tego stopnia, żeby zatracić poczucie rzeczywistości. – Heeej, ziemia do Tomlinsona?
Louis, zupełnie nie reagując na bodźce zewnętrzne, siedział wraz z Niallem na kanapie na dwóch jej krańcach, oddaleni od siebie możliwie jak najdalej, żeby nie tracić jednocześnie wygodnego miejsca z dobrym widokiem na telewizor. Oboje byli cali spięci, a oczy niemalże wychodziły im z orbit, na widok czego Liam zaczął się poważnie zastanawiać, czy jego dotychczasowe kompetencje medyczne ułatwią mu przeprowadzenie zabiegu ponownego włożenia na swoje miejsce czterech gałek ocznych. W sumie miał już zajęcia w prosektorium, więc chyba da radę.
Komórka zaczęła dzwonił drugi raz.
– Wyłączcie to, do cholery jasnej! – zawołał z oburzeniem Louis, na co Liam rzucił w niego urządzeniem.
– Kto to Harry? – zapytał Liam, bo ciekawość wygrała z poczuciem uszanowania cudzej prywatności. – To ten twój kolega z wczoraj?
Louis momentalnie otrząsnął się z kibicowskiego transu i zaczął z rozgorączkowaniem rozglądać się za telefonem. Odnalazłszy go, nie patrząc na wyświetlacz – bo przecież Liam już odczytał na głos rozmówcę – odebrał połączenie i potruchtał do swojego pokoju.
– Proszę, proszę, czyżby komuś się zatęskniło? – zadrwił żartobliwie, ale z nieukrywaną ulgą, opierając się o zamknięte drzwi w kolorze mahoniu.
– L-louis... Słabo mi.

11 komentarzy:

  1. O Boże! Moje serce! Ja chcę już kolejny rozdział. NATYCHMIAST! Kocham to opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooooch, mogę też zadzwonić do Lou i powiedzieć, że mi slabo a on przybędzie mnie uratować? :>

    OdpowiedzUsuń
  3. fajny rozdział:)
    odpowiedziałam na Twoje pytanie pod postem:)
    nakrancumarzen.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie możesz TAK kończyć rozdziałów. No ja nie wytrzymam, pomocy?
    Świetny rozdział, czekam sobie na następny :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawał *.* nie mogę doczekać się rozdziału *,*

    OdpowiedzUsuń
  6. Matko Boska! Mam nadzieje ze hazzie noc sie nie stanie i lou go znajdzid omg nie moge!
    Hshshshshs moje emocje >>>>>>>>>>
    czekam na kolejny! Tr opowiadanie jest cudowne !

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekam na kolejny. Sory że taki krótki komentarz ale nie jestem osobą, która komentuje opowiadania. Wiem, że to trochę brak szacunku do osoby która takowe pisze, ale moje lenistwo bierze górę.

    OdpowiedzUsuń
  8. W takim momecie zakonczyc rozdzial?! Jak moglas!! Jeju dopiero teraz weszlam i zauwazylam ze jest nowy rozdzial.
    Boze nie moge uwierzyc jezeli harry'emu cos sie stanie to ja chyba umre.

    OdpowiedzUsuń
  9. Znowu placze boze ndncnsjxneb ile emocjo Harry ogarnij dupe nie jest ci slabo :( LECE DALEJ CZYTAC

    OdpowiedzUsuń
  10. Niee ta nie pewność co będzie dalej? ;0; Czekam z utęsknieniem na nastepny ♥

    OdpowiedzUsuń
  11. Ucz się ucz my poczekamy! :D ♥

    OdpowiedzUsuń