17 marca 2015

X. Trouble

Krótki, nudnawy (muszą być nudniejsze rzeczy, żeby mogły być ciekawsze, prawda?) i baaardzo spóźniony, ale przypomniało mi się, że naprawdę jestem w dupie z maturą i tak jakoś...
Sami rozumiecie. (A jak nie, to przynajmniej postarajcie się zrozumieć).
Możliwe, że do następnego znowu trochę czasu minie, ale obiecuję, że jak w końcu się rozkręcę, to na dobre! Tylko na razie proszę o wyrozumiałość i cierpliwość.
Dziękuję i pozdrawiam tych, którzy jeszcze zaglądają i czytają.
Komentujcie, żebym wiedziała, co sądzicie! x


*





– L-louis... Słabo mi.
Serce Louisa podskoczyło mu do gardła i przez dłuższą chwilę nie był w stanie nic powiedzieć.
– Gdzie jesteś? – wydusił przerażony, a panika zaczęła narastać w nim jak nadmuchiwany balon.
Odpowiedział mu łomot, który z pewnością by go ogłuszył, gdyby używał słuchawek, a następnie pusta cisza. Louis utkwił zamglony wzrok w ekran telewizora, ale nie widział nic, co się na nim działo. Miał wrażenie, że zaraz rozsadzi mu klatkę piersiową, bo każda kolejna sekunda ciszy po drugiej stronie linii uderzała go od środka mocniej i mocniej.
– Halo? – odezwał się w końcu głos. Nie był to jednak ten zachrypnięty i miękki głos, którego wyczekiwał, ale Louis z łatwością mógł określić, że należał do raczej młodego mężczyzny.
– Kto mówi? Gdzie Harry? Co się dzieje? – wyrzucił na jednym wydechu niecierpliwie.
– Ten chłopak... Harry, tak? – odparł nerwowo. – Chyba zemdlał. Właśnie już ktoś dzwoni po karetkę.
– Czekaj, ktoś ty? Nieważne. – Potrząsnął głową i poderwał się z kanapy, ignorując kompletnie Liama i Nialla, którzy patrzyli na niego nieco zdezorientowani. – Gdzie jesteś...cie?
Przez moment chłopak zastanawiał się, jak sprecyzować swoją odpowiedź, cmokając nerwowo, po czym odpowiedział:
– Niedaleko od stacji Paddington, to chyba Craven Hill. Zabiorą go pew...
Dalszej części wypowiedzi nieznajomego Louis nie słyszał, bo natychmiast po wyłapaniu adresu rozłączył się. Narzucił w biegu dżinsową kurtkę i tenisówki, a kiedy łapał już za klamkę, Niall zawołał:
– Czekaj, czekaj, co jest? Gdzie idziesz?
Jego twarz przybrała zmartwiony wyraz, a między ściągniętymi brwiami utworzyła się zmarszczka, co dodawało mu nietypowej dla niego powagi. Oboje z Liamem nadal siedzieli, ale wpatrzeni w niego z widocznym osłupieniem.
– Harry. Zabierają go do szpitala – rzucił tylko spanikowany. – Zostańcie, bo Zayn nie ma kluczy.
Po tych słowach wybiegł z mieszkania, a schody pokonywał w tak szybkim tempie, że parę razy się potknął i o mały włos nie sturlał na sam dół. To dopiero byłaby ironia, gdyby sam trafił połamany do szpitala. Nie musiałby tłuc się metrem, stwierdził trzeźwo w myślach, po czym skarcił się za to. Nie czas na żarty.
Kiedy dotarł na miejsce, pobocze zajmowała już żółto-zielona karetka z włączonym na dachu światłem sygnałowym. Wokół zgromadziło się paru przechodniów, zainteresowanych nagłym poruszeniem. Louis przełknął głośno ślinę i podbiegł bliżej.
– Przepraszam, kurwa no, przepraszam – mruczał poirytowany, przepychając się między gapiami.
Nie był to liczny tłum, ale mimo to Louis odczuwał jeszcze większe zdenerwowanie, że ci ludzie nie mieli ciekawszych zajęć niż stanie jak słupy i gapienie się na akcję ratunkową. Ile oni mieli lat, żeby się podniecać karetką, sześć? Szeptali między sobą, wymieniając się spekulacjami i z teatralnym przejęciem kręcili głowami, a Louis miał ochotę na nich wrzasnąć, żeby wracali do swoich zajęć, bo to nie jest plan filmowy House’a ani teatrzyk uliczny, do jasnej cholery.
W całym tym zamieszaniu udało mu się uchwycić wzrokiem jedynie burzę czekoladowych loków okalających niezdrowo bladą twarz. Dwóch sanitariuszy układało właśnie ciało na noszach i momentalnie Louis poczuł, że uginają się pod nim kolana, jakby były z waty.
Kobieta z ekipy ratowniczej zauważyła, że chłopak zmierzał w ich kierunku i zatrzymała się w połowie czynności.
– Co mu jest, dokąd go zabieracie? Wszystko z nim okej? – dopytywał słabo Louis.
– Jest nieprzytomny, ale oddycha. Zabieramy go do szpitala.
Ręce wyraźnie mu się trzęsły, gdy wyciągnął jedną przed siebie.
– Jadę z wami! – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Sprzeciw jednak nastąpił automatycznie.
– Pan z rodziny? – Ratowniczka uniosła brew, a Louis zająknął się, co ta uznała za wystarczającą odpowiedź. – Przykro mi, ale ambulansem możemy zabrać tylko osoby spokrewnione. Proszę się odsunąć – nakazała uprzejmie, wyciągniętymi wszerz ramionami odgradzając wejście do środka.
– Chwila, ej! – obruszył się, ale wiedział, że nic, co mógłby powiedzieć, nie odniosłoby pożądanego skutku.
Zacisnął pięści, przeklinając swoje zupełnie niepraktyczne umiejętności aktorskie, które zanikają w obliczu stresujących sytuacji i przyglądał się tylko tępo, jak tylne drzwi wozu zamykają się, a kierowca siada na przednim fotelu obok drugiego ratownika. Nadal był nieco otumaniony, bo wydawało mu się, jakby śnił. Karetki, szpitale, to nie było coś, z czym spotykał się na co dzień. W zasadzie nigdy się nie spotkał z czymś takim, do tej pory los oszczędził mu wydarzeń jak to.
Wóz ruszył z miejsca, a donośne wycie syren zagłuszyło warkot silnika.
– Kurwa mać! – zaklął głośno, nie zważając zupełnie na zasady kulturalnego zachowania i inne trywialne w tym momencie sprawy.
Kilku zgromadzonych spojrzało na niego z oburzeniem, z jakim spotykał się zawsze, gdy przeklinał w miejscu publicznym. Fuknął ze złością i już miał odpowiedzieć coś niezbyt przyjemnego, kiedy zza jego pleców ktoś zawołał z wahaniem:
– Louis?
Odwrócił się i zobaczył stojącego na uboczu chłopaka w niebieskiej bluzie [bo kocham go w niej ponad wszystko]. Wyglądał na niewiele starszego od niego, a może nawet w jego wieku. Nie był szczupły, co zdradzała jego zaokrąglona twarz, która skojarzyła mu się z kotem z komiksowej kolumny gazety, którą codziennie rano przynosiła do domu jego mama. Najbardziej przykuwające wzrok okazały się jego włosy, których rude kosmyki opadały potargane na czoło, kontrastując z jasnymi oczami i cerą.
O kurwa, pomyślał Louis w pierwszej chwili lekkiego szoku, Ron Weasley!
Chłopak wyjął ręce z kieszeni i podszedł do niego nieco speszony.
– Ed – przedstawił się, wyciągając dłoń w jego stronę. Louis uścisnął ją bez słowa i nagle skojarzył ten głos; to właśnie on musiał podnieść telefon i rozmawiać z nim. – Mi też nic nie chcieli powiedzieć, bo nawet nie wiedziałem, jak się nazywa, więc...
– Och – odmruknął Louis. To nic nie zmieniało, w dalszym ciągu musiał dostać się jakoś do szpitala.
– Może zaoferować ci podwózkę? – zaproponował, bezbłędnie odczytując zmarszczone brwi i przegryzaną wargę Louisa. – Najbliższy szpital jest kawałek stąd i chyba autem będzie szybciej niż z buta.
Nie trzeba było go długo prosić. Louis wręcz sam władował się do samochodu nieznajomego rudzielca, kiedy ten go do niego zaprowadził. Niebieskawy ford miał już swoje lata, ale w środku – o dziwo – był niezwykle czysty i zadbany. Louis skubał bezwiednie bok swojego fotela, skąd w jednym miejscu wystawała czarna nitka i starał się jednocześnie ignorować trzeszczące radio.
– Pewnie nie powinienem się wtrącać, ale to chyba nie taka zwykła utrata przytomności, co? – odezwał się Ed, nie spuszczając wzroku z zaskakująco pustej drogi. – Często mu się tak zdarza?
Louis wzruszył ramionami. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Nie rozmawiał z Harrym na ten temat, a w tym cholernym dzienniku nic takiego nie pisał. Gdyby tylko wiedział, że coś takiego się stanie, nie pozwoliłby mu odejść, choćby miał się przyczepić wszystkimi czterema kończynami do jego nogi.
Niecałe dziesięć minut później znaleźli się przed szpitalem Saint Mary’s. Zgadywali, że to właśnie tam przetransportowano Harry’ego, jako że był to najbliżej położony szpital. Louis nigdy wcześniej nawet nie zwrócił uwagi na ten budynek, więc gdyby szedł sam, nie byłby nawet do końca pewien, czy dobrze trafił. Gdy jednak odszukał wejście i stanął przez główną bramą, na ceglastej ścianie zawieszonego nad nią pasażu dostrzegł pozłacane litery układające się w napis: „SAINT MARY’S HOSPITAL”. Cóż, to chyba tutaj.
– Szukam Harry’ego Stylesa – rzucił, kładąc z impetem obie ręce na ladzie recepcji.
Recepcjonista w bladozielonej koszuli, zerknął na niego znad ekranu komputera i chrząknął osowiale, zanim odezwał się:
– A pan z rodziny?
Drzwi windy na korytarzu otworzyły się i wybiegła z niej czarnowłosa kobieta z bardzo przejętą miną, a za nią truchtała w płaszczu w kolorze khaki blondynka o dużych, brązowych oczach. Obie zatrzymały się przy recepcji, tuż obok Louisa i rudego chłopaka.
– Nazywam się Anne Cox, jestem mamą Harry’ego Stylesa. Gdzie mój syn? – zapytała szybko.
– Chwileczkę – odparł recepcjonista i zajrzał w papiery leżące na jego biurku.
Kobieta nie spuszczała z niego oczu, jakby to miało cokolwiek przyspieszyć, a młoda dziewczyna stukała palcami w ladę odwrócona do niej bokiem.
– Przepraszam – odezwał się Louis, korzystając z okazji. – Mógłby mi ktoś w końcu powiedzieć, co z Harrym?
– A ty to...? – prychnęła brunetka, mierząc go karcącym wzrokiem, jakby nie miał prawa odzywać się w takiej sytuacji.
– Louis. – Nie kłopotał się z podawaniem jej dłoni, zresztą czuł, że i tak zignorowałaby ten gest.
Na jej twarzy nie wymalowało się zaskoczenie czy zakłopotanie, czyli Harry musiał coś o nim mówić. Zamiast tego dostrzegł cień irytacji, a nawet agresji, te negatywne emocje szybko jednak zostały zakryte suchą obojętnością.
– Ach, Louis – skwitowała gorzko. – Więc do naszego pierwszego spotkania dochodzi właśnie tu. W szpitalu, do którego wpędziłeś mojego syna.
Krew napłynęła do twarzy Louisa ze złości. Już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kiedy recepcjonista podał numer sali i skrzydło, gdzie przetransportowali Harry’ego. Z tą informacją obie odwróciły się i oddaliły w stronę oddziału obserwacji – matka żwawym, nerwowym krokiem, a jej córka zakłopotanym i nieco zrezygnowanym, wlokła się za nią.

Stan pacjenta jest jak najbardziej stabilny.
To zdanie niemalże zwaliło Louisa z nóg (na pewno by go zwaliło, gdyby nie fakt, że siedział).
Przyczyną omdlenia okazały się drobne zmiany w organizmie spowodowane pominięciem dawki regularnie przyjmowanych leków, co jednak szybko i bezproblemowo udało się naprawić. Zostawimy go na dwudziestoczterogodzinnej obserwacji, jednak nie ma powodów do niepokoju, bla, bla, bla...
Ulga, jaką przyniosło oświadczenie lekarza, była nie do opisania, bo nie ma co się oszukiwać – Louis przestraszył się nie na żarty. Jeszcze przez chwilę drżały mu ręce, a potem zaśmiał się nerwowo pod nosem z własnego wyolbrzymiania spraw i w końcu rozluźnił mięśnie, o których nawet nie zdawał sobie sprawy, że były ciągle napięte.
Nadal siedział w poczekalni, na wyjątkowo niewygodnym krześle, i – zgodnie z przeznaczeniem owego pomieszczenia – czekał. Musiał zobaczyć Harry’ego, sprawdzić, czy ten dalej się na niego złości. Musiał go osobiście przeprosić, bo w końcu zeszłej nocy zostawił go w tym koloseum sam na sam z lwami. Cieszył się, że nic groźnego nie miało się wydarzyć i mógł zrzucić ten ciężar ze swoich barków.
No i jakim prawem to babsko zwalało winę na niego? Cały czas czuł na sobie to pełne wyrzutu spojrzenie, nawet jeśli mama Harry’ego od ponad godziny siedziała w sali razem z nim. Nie mógł odpowiadać za to, co się stało. Fakt, czuł się cholernie winny, ale czy słusznie? Przecież nie było go nawet przy Harrym, kiedy... No właśnie.
Nie było go przy nim.
Louis nie wiedział, ile czasu minęło, ale słońce zdążyło zajść, a jego tyłek już całkowicie zdrętwiał od plastikowego krzesła, kiedy młoda blondynka wyszła z sali szpitalnej i rozejrzała się po korytarzu. Jej wzrok zatrzymał się na Louisie i od razu podeszła zgrabnym krokiem do niego.
– Co tu tak siedzisz? – zdziwiła się, ale nie było w tym ani odrobiny irytacji. – Idź do domu.
– Chcę się z nim zobaczyć.
– Przecież wszystko z nim okej, wracaj. – Dziewczyna wywróciła oczami, opadając na krzesło obok niego. – O szlag, kto robił te krzesła i dlaczego chce, żebyśmy tak cierpieli?!
– Nie po to leciałem tu na złamany kark – wyjaśnił uparcie Louis – żeby się wracać. Poza tym mam pewną sprawę do załatwienia, bo...
Po tych słowach wbił spojrzenie w wyprostowane na krześle nogi i skrzyżował kostki. Nie miał zamiaru się tłumaczyć, więc zwyczajnie uciął swoją wypowiedź, jakby był to zamierzony zabieg.
– Okej, więc dlaczego po prostu nie wejdziesz? Boisz się mojej mamy?
Louis pokręcił głową, ale odparł tym samym:
– Raczej nie wyglądała na ucieszoną, jak mnie tu zobaczyła.
Gemma!, zaświtało Louisowi gdzieś w zakątkach pamięci imię siostry z dziennika Harry’ego. Tak więc Gemma odwróciła się na krześle do niego, zginając jedną nogę i kładąc ją na siedzeniu, a drugiej pozwalając swobodnie zwisać po jej prawej stronie. Zmarszczyła brwi w specyficzny sposób, a Louis nie mógł odgonić od siebie niedorzecznej myśli, czy tak właśnie wyglądałby Harry z makijażem.
– Okej, słuchaj. Nie pytam, nie wnikam. Nie dziwię się też mamie, bo sprawiasz wrażenie typka, który przynosi same kłopoty. Nie wiem, dlaczego, nie potrafię tego wytłumaczyć. Tylko sam widzisz, jak na razie znajdujemy się w środku przykładu numer jeden. A moja mama traktuje Harry’ego, jakby był z porcelany, to dlatego jest taka nadopiekuńcza. Ale ja już sporo razy przekonałam się, że pierwsze wrażenie bywa bardzo mylne, więc... zejdź sobie do kawiarenki i wróć za dziesięć minut – zakończyła swój monolog spokojnie, już stojąc.
To powiedziawszy wróciła na oddział obserwacji, gdzie leżał Harry. Louis natomiast podniósł się do pozycji stojącej i przeciągnąwszy się ruszył przed siebie, by na końcu korytarza skręcić schodami na lewo w dół.
Szpitalna kawiarnia dla odwiedzających znajdowała się na pierwszym piętrze i gdy Louis zamówił podwójne espresso i zajął miejsce przy wolnym stoliku, spostrzegł, że okna wychodzą na główne drzwi szpitala. Nawet nie udając zainteresowania, wlepił pusty wzrok w szybę i siąpił swoją kawę.
Skąd to całe zamieszanie, dlaczego zwykłe odwiedziny stały się tajną misją? Przecież są w szpitalu, do cholery jasnej! Nawet jeśli – w mniemaniu mamy Harry’ego – Louis by miał zamiar go skrzywdzić (Bardziej to ona powinna się obawiać o swoje życie, przemknęła mu przez głowę gniewna myśl), to oddział jest za ścianą, a w każdym pomieszczeniu czai się grupa lekarzy. To było śmieszne i niewiarygodne.
Niewiarygodnie śmieszne.
W pewnym momencie zauważył, że przez dziedziniec szpitalny przechodzą dwie zgrabne sylwetki w znajomych płaszczach. Zostawił filiżankę z niedopitą kawą i natychmiast opuścił kawiarenkę.
Jakkolwiek dziwaczna i bezsensowna wydawała mu się ta cała sytuacja, zdenerwowanie powróciło z impetem, kiedy położył dłoń na klamce sali 217 [za tymi drzwiami zawsze czeka miłość <3]. Potrząsnął głową i otworzył drzwi, starając się być delikatnym, ale standardowo jego delikatność wyszła raczej szorstko, a zawiasy zaskrzypiały jak na złość.
Ściany zewsząd były bladozielone. Wow, zaskakujące, sarknął w myślach. Na środku niewielkiego pomieszczenia leżało białe łóżko otoczone skomplikowaną aparaturą, której podpinanie i uruchamianie na szczęście nie było koniecznością. Cały sprzęt milczał więc jedynie, zajmując zbędne miejsce w pokoju i dając wrażenie mocno zagraconej przestrzeni.
Zanim Louis w końcu przeniósł wzrok na osobę leżącą w łóżku, minęło ładnych parę minut. Przełknął jednak ślinę i uniósł głowę, a niebieskie oczy napotkały szmaragdowe, nieco przygaszone.
– Cześć – mruknął niepewnie.
– Cześć.
– Słuchaj, Harry, ja... – Zebrał się w sobie, ale żadne słowa nie mogły mu przejść przez gardło. Czuł się głupio, przeprosiny nigdy nie były jego specjalnością. – No wiesz, ja chciałem powiedzieć, że nie chciałem cię wtedy tam... Że nie musiałeś, znaczy ja nie musiałem... Znaczy nie powinienem...
– W porządku – przerwał mu Harry, a policzki lekko mu poczerwieniały. – Nie zrobiłeś nic złego, to ja przesadziłem. Nie miałeś obowiązku mnie niańczyć.
Louis westchnął i opadł na stolik przy łóżku, chowając ręce do kieszeni.
– No ale wziąłem za ciebie odpowiedzialność. Czy coś... – burknął speszony.
To była najbardziej niezręczna rozmowa w jego życiu. Siedział właśnie w szpitalu na odwiedzinach u chłopaka, którego poznał parę dni temu i zdążył już wyciągnąć go na imprezę po kryjomu, zostawić, pozwolić tułać się gdzieś samemu całą noc i nagrabić sobie u jego matki. Co to jest, jakieś pieprzone liceum, czy jak?
– Nic mi nie jest. Tylko... Proszę, nie gadajmy już o tym... – jęknął Harry cichutko, zasłaniając się śnieżnobiałą kołdrą. Jego kasztanowe włosy były w takim uroczym nieładzie, a ich kolor kontrastował z bielą pościeli, dając złudzenie, jakby ten obraz był namalowany. – Chciałeś zrobić dla mnie coś miłego, zabrać mnie gdzieś, a ja spanikowałem, jak moja siostra, kiedy widzi pająka w łazience... – Słowa Harryego brzmiały, jakby próbował przekonać o tym nie tylko Louisa, ale i samego siebie, ale Louis cieszył się, że choć ta jedna część chłopaka nie ma mu niczego za złe. To go uspokajało w pewnym stopniu. – W życiu nie czułem się bardziej skompromitowany.
– Ty? – roześmiał się Louis gorzko. Powoli zaczęły go opuszczać resztki zdenerwowania. – Twoja matka mnie nienawidzi.
Wyciągnął ręce z kieszeni i splótł palce na kolanach, wpatrując się w nie z bezwiednie przegryzioną wargą.
– Ale ja cię nie nienawidzę – odparł pogodnie Harry, przekręcając lekko głowę w bok i uśmiechając się, a dwa dołeczki pojawiły się na jego twarzy, przywracając jej zdrowy kolor.
I z Louisa momentalnie uleciały wszelkie negatywne emocje.

22 komentarze:

  1. czekam na nowy rozdzial :(
    myslalam ze jesT 18 rozdzialow a jest 10 i troche lipa bo cudownie mi sie czytalo cala noc. Ale no coz do nastepnego

    OdpowiedzUsuń
  2. Omg ciesze sie ze harey'emu nic nie jest i omg tak bardzo kocham to ff ze asdfghjkl. Czekam na kolejny rozdzial xx

    OdpowiedzUsuń
  3. czekam na next ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże, zakochałam się w tym ff <3 jest naprawde cudowny <3 jeden z lepszych jakie czytałam <3 z niecierpliwością czekam na następny rozdział <3 jesteś cudowna i uwielbiam twój styl pisania <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam jsndbxbndnv

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekam plis juz minelo prawie 2 tygodnie :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Czekam na nexta, genialny rozdział <3

    OdpowiedzUsuń
  9. O mój boze to jest genialne dnenfnznneeb <3
    jedne z lepszych ff jakie czytalam o Larrym jeju

    OdpowiedzUsuń
  10. Twoje opowiadanie zostało nominowane do konkursu Blog Miesiąca organizowanego od października 2013 roku przez Spis1D. Po więcej szczegółów zapraszamy na: http://spis1d.blogspot.com/
    Gratulujemy i pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
  11. BOZE JAKIE TO CUDOWNE, BEDE MIALA ZALOBE JAM HARREMU COS SIE STANIE

    OdpowiedzUsuń
  12. aaawgdwds nowy rozdział za 4 dni tak!

    OdpowiedzUsuń
  13. JEZU ZA 4 DNI CO DBHEHCBZBENBXNWNC

    OdpowiedzUsuń
  14. hej :) nominowałam Cię do lba ;) Kocham twoje opowiadanie :* <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.wattpad.com/mystories?compose=true&id=112581992

      Usuń
  15. cudowne ff ! Czekam z niecierpliwoscia

    OdpowiedzUsuń
  16. Mamy juz 12 kwietni... Za 5 dni bedzie miesiac od ostatniego rozdzialu.. Blagam dodaj chociaz krotki rozdzial

    OdpowiedzUsuń
  17. Super blog! uwielbiam <3
    i zapraszam http://thethreatoflove.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
  18. staram sie byc wyrozumiala ale plis mozesz dodawac rozdzial chociaz 1 na 2 tygodnie? To sie zaczyna robic irytujące

    OdpowiedzUsuń
  19. Boski rozdział ^^

    OdpowiedzUsuń
  20. Super ♥
    Zaczęłam niedawno czytać ale nie mogę się oderwać. To jest jak lektura ♡
    Cudne

    OdpowiedzUsuń