30 kwietnia 2015

XI. Marzipan

*PUFF* *powrót z zaświatów*

(Do wszystkich niecierpliwych i zirytowanych brakiem częstszych rozdziałów: proszę  przeczytanie informacji powyżej i o odrobinę zrozumienia :c)

Zapraszam na kolejny rozdział - to nie jest co prawda wszystko, co chciałam w nim zawrzeć, ale nie chciałam już aż tak długo zwlekać z dodaniem nowego.
PS. Zostawcie po sobie jakąś opinię w komentarzu, to dla mnie ogromna motywacja xx


*





Od dnia incydentu minął ponad tydzień. Harry po wyjściu ze szpitala nie ruszał się z domu właściwie nigdzie poza przychodnią i „zdrowotnymi” spacerami do parku. Z mamą. To nie tak, że miał szlaban, bo przecież wychodził na te cholerne spacery, po prostu jego mama stwierdziła, że chce spędzić z nim trochę więcej czasu. Za każdym więc razem, kiedy postanawiał wyjść, ona postanawiała do niego dołączyć i koniec końców codziennie przechadzali się tymi samymi ścieżkami tego samego parku, wymieniając od czasu do czasu krótkie zdania dotyczące pogody, wizyt u lekarza czy nowego serialu na BBC. Choć nie do końca można było to nazwać wymianą zdań.
– Ale dzisiaj słonecznie, co? – odezwała się Anne, biorąc głęboki wdech, zbyt głęboki, by był naturalnym odruchem, jakby chciała nadmiernie okazać swoje zadowolenie.
Harry zignorował kolejną próbę nawiązania rozmowy. Zamiast tego po raz kolejny od początku ich przechadzki, wyciągnąwszy telefon, wszedł w skrzynkę odbiorczą i otworzył trzecią od góry konwersację.
Ostatnia wiadomość, jaką dostał od Louisa oznakowana była datą jego wypisu ze szpitala, kiedy to Harry zgodnie z obietnicą powiadomił go, że już dotarł do domu, a Louis odpisał późnym wieczorem, życząc mu dobrej nocy.
– Podobno taka pogoda ma się już utrzymać. W telewizji mówili – kontynuowała z uporem mama Harry’ego. – Dobrze, bo te deszcze już zaczęły być dobijające. Ani nigdzie wyjść, ani nic... A tak to, zobacz, jak miło jest sobie pospacerować razem, hm? W przyszłym tygodniu może wzięłabym dzień wolnego, albo pojechalibyśmy na weekend do dziadków na wieś. Moglibyśmy trochę odetchnąć od tego miasta, pojeździć na rowerach... Co ty na to?
Był to ewidentnie jeden z tych momentów, w których osoba mówiąca spodziewała się werbalnej reakcji ze strony swojego rozmówcy (tudzież słuchacza), dlatego Harry, nie odrywając wzroku od ekranu komórki, odmruknął tylko beznamiętnie:
– Nie mam roweru.
Powinien się tego spodziewać. Louisa zaciekawił przypadek Harry’ego. To tak jakby znalazł przed swoimi drzwiami paczkę. Musiał ją sprawdzić, bo ciekawość zeżarłaby go od środka, gdyby tego nie zrobił. Ale gdy już otworzył paczkę i zajrzał do środka, zobaczył tylko nieciekawe pudełko kiepskich marcepanowych czekoladek. Harry był rozczarowującym pudełkiem niedobrych czekoladek. Miał poniszczone opakowanie, a w środku nie było niczego, czym mógłby to nadrobić. Był nikim specjalnym. Nudnym chłopakiem z zepsutym ciałem. Nie był nawet zdziwiony, że Louis odpuścił. Mimo to nie mógł ukryć uczucia zawodu.
Ale kto niby lubi marcepan.


Dni upływały powoli, nie obfitując przy tym w żadne interesujące wydarzenia. Louis odliczał je paczkami wypalonych papierosów i znikających przez to z portfela banknotów. Przeczuwał, że jak tak dalej pójdzie, to będzie musiał zacząć znowu podkradać Zaynowi papierosy. Albo znaleźć jakąś stałą pracę, zamiast chwytać się jednorazowych dorywczych robót, jak polecają mu wszyscy dookoła. Póki co nie miał do tego głowy, dlatego plan okradania Zayna o wiele bardziej mu odpowiadał. Zawsze starał się iść na łatwiznę, bo skoro istnieje taka opcja, to po co się niepotrzebnie przemęczać? Poza tym gdyby nie Louis, istniało spore prawdopodobieństwo, że to ten napaleniec Grimshaw zastałby Zayna przywiązanego do łóżka, a to z kolei mogło się skończyć nieco innym scenariuszem. Ta więc ich przyjaźń działa z korzyścią dla obu stron.
Z tym usprawiedliwieniem dzisiaj rano poczęstował się sam mentolowym marlboro, który leżał ostatni w paczce na lodówce i bez żadnych wyrzutów sumienia opuścił mieszkanie, zostawiając Zayna śpiącego, spóźnionego i bez grama tytoniu.
Czekając na autobus, bawił się telefonem, oparty o tablicę z rozkładem jazdy, który znał na pamięć. Starał się ze wszystkich sił nie wchodzić w wiadomości, żeby uniknął nieprzyjemnego uczucia rozczarowania, ale i tak zrobił to trzy razy, zanim autobus w końcu podjechał na przystanek. Wtedy schował telefon z powrotem do kieszeni, jednak zaraz znów go wyciągnął i mimowolnie wpatrywał się w ekran upartym wzrokiem, jakby to miało wymusić na urządzeniu jakąś telepatycznie uruchomianą funkcję.
Na przykład pojawienie się nowej wiadomość.
Na uczelnię zawitał, o dziwo, przed czasem. W zeszłym tygodniu za nieobecność na ekonometrii zgarnął taki ochrzan, że gdyby był psem, podkuliłby ogon i schował się pod stół. Nie chodziło oczywiście ani o rektora, ani Bloomfielda, a o Eleanor. A jako że jego obecna sytuacja wymagała jak najlepszych stosunków z nią, nie mógł sobie pozwolić nawet na te pełne wyrzutu czy urazy spojrzenia posyłane w jego stronę z krzesła obok.
Do urodzin Johanny zostały dwa dni i wszystko było już dopięte na przedostatni guzik. Nad ostatnim, o którym jednak solenizantka nie miała najmniejszego pojęcia, Louis wciąż pracował i choć początki były ciężkie, czuł, że przy odrobinie wysiłku w końcu mu się uda. Było coraz lepiej.
– Nie.
– Proszę!
– Mowy nie ma.
– Zrobię wszystko.
– Nie, nie, nie.
– El...
– Do reszty cię pogrzało.
Najgorszą część – czyli wyczerpującą rozmowę o jego orientacji, o tym, że nie, nigdy nie kręcił go Zayn i nie, nie będą razem chodzić na zakupy, a tym bardziej na paznokcie – miał już za sobą, teraz pozostało mu tylko urabianie Eleanor, żeby zgodziła się towarzyszyć mu na przyjęciu urodzinowym mamy.
– Louis – zaczęła Eleanor, łapiąc się za nasadę nosa, kiedy po raz setny szturchnął ją w ramię z błagalnym wzrokiem. – Doceniam to, że zaufałeś mi na tyle, żeby powiedzieć mi o swojej orientacji...
– To nie żadna tajemnica, po prostu nie chwalę się tym w szerszym gronie – sprostował.
– Nie psuj tego! – przerwała groźnie. – No więc doceniam to, teraz może troszeczkę mniej, zwłaszcza, że mogłeś mi o tym powiedzieć wcześniej, na przykład kiedy przez pierwszy miesiąc studiów próbowałam się z tobą umówić, ale... – Louis uniósł brew zdziwiony, ale El nie pozwoliła mu dojść do słowa. I dobrze, bo kompletnie by nie wiedział, co powiedzieć. – Nie wiem, naprawdę. Nie znam twojej rodziny, ale czułabym się okropnie, kłamiąc twojej mamie w żywe oczy.
Eleanor należała do osób o poziomie uczciwości tak wysokim, że któregoś razu, gdy sprzedawca wydał jej o dziesięć funtów za dużo, wróciła się spory kawał drogi do sklepu tylko po to, by zwrócić pieniądze. Louisa zawsze poruszało takie podejście, ale nie potrafił sprecyzować, czy bardziej ją podziwiał, czy uważał za głupią.
Postanowił więc zasięgnąć ostatecznej broni, czyli upokarzającej szczerości.
– Posłuchaj, naprawdę potrzebuję twojej pomocy – jęknął. – Ten kutas nagadał jej jakiś bzdur, że mam dziewczynę i w ogóle, bo chce mi dopiec. I nie mogę się z tego wykręcić. Jak jej powie, że jestem gejem, to... Cholera, nie mam pojęcia, jak ona zareaguje, rozumiesz? Ale to ja chcę jej powiedzieć, sam. Po prostu nie... nie teraz.
Spuścił wzrok na ołówek, którym uporczywie dłubał w dziurze po cyrklu na drewnianym blacie ławki.
W odpowiedzi usłyszał ciężkie westchnięcie i sam niemalże odetchnął głośno z ulgą. Powstrzymał się tylko dlatego, że cały misterny plan ległby wtedy w gruzach. Nie to, żeby wciskał jej kit. Naprawdę czuł to, co powiedział, ale w normalnej sytuacji zwyczajnie by tego nie przyznał. Narażało to jego skurwysyńską reputację i wprawiało w dyskomfort. Nie dało się jednak zaprzeczyć, z powodu nieukrywanych dowodów, że Eleanor była kobietą, a wszystkie kobiety działają tak samo; obnażający się z wewnętrznych uczuć facet całkowicie rozczulał ich miękkie serca. A kiedy do tego wszystkiego był gejem, to już w ogóle.
– Okej. Dobrze, pójdę z tobą.
Twarz Louisa rozpromienił pełen wdzięczności uśmiech i natychmiast ją uściskał. Do jego nozdrzy uderzył delikatny zapach kwiatowych perfum, które sam pomagał jej wybierać, gdy przyniosła mu któregoś razu na luźne zajęcia katalog z próbkami (naprawdę, nie domyśliła się wcześniej, że jest gejem?). Odsunęli się od siebie zaraz, bo Bloomfield chrząknął głośno, obarczając ich zirytowanym spojrzeniem. Sala była niewielka i łatwiej było zauważyć kompletny brak uwagi ze strony studentów. A Bloomfield nie znosił, gdy ignorowano jego wykłady. Przez pozostałe pół godziny nie zamienili już ani słowa, bo Eleanor, zażenowana upomnieniem wykładowcy, wróciła do notowania, a Louis wyłączył się, pogrążając się w myślach.
Choć czas, który upłynął od jego ostatniej rozmowy z Harrym, był już prawie dwukrotnie dłuższy niż czas od ich pierwszego spotkania do dnia, w którym widzieli się ostatnio, Louis nie mógł pozbyć się go ze swojej głowy. Ciągle miał przed oczami jego urocze dołeczki, pojawiające się z każdym szerokim uśmiechem i nieśmiałe rumieńce, które próbował zakryć, spuszczając głowę, a wtedy jego czekoladowe loki opadały bezładnie na czoło i wyglądał jak mały hobbit. Harry nie był postacią, którą zapomina się ot tak. Był kimś, kto, gdy raz zdecydował się wejść do czyjegoś życia, stawał się jego niewielką cząstką. I nawet podczas jego dalszej nieobecności, ta cząstka stawała się z każdym dniem coraz większa. Przy tak intensywnym stężeniu jego drobnej osoby w myślach Louisa, już dawno zdecydowałby się do niego odezwać i choćby konieczna okazała się nachalność, namówić na spotkanie. Ale po raz pierwszy w życiu czuł, że nie powinien. Cała sytuacja Harry’ego była tak krucha, jak cienka warstwa świeżego grudniowego lodu na jeziorze. A Louis wpadł na powierzchnię bez zastanowienia i nie zważając na to, że pękał on pod każdym jego krokiem. Teoretycznie Harry nie miał mu za złe tej całej sprawy, a przynajmniej nie wyglądał, jakby miał. Jednak Louis nie czuł się pewnie. Do czego to doszło, żeby on czuł się niepewnie w związku z czymkolwiek! Co za wyjątkowa sytuacja. Ale wyjątkowi ludzie powodują wyjątkowe sytuacje. A Louis śmiało mógł stwierdzić, że jak na kogoś, kogo zna się parę dni, Harry był bezapelacyjnie najbardziej wyjątkowym człowiekiem, jakiego spotkał.
– Ziemia do Louisa? – Głos wyrwał go z krainy własnych myśli. Louis potrząsnął głową, wracając tym samym do rzeczywistości.
– Co?
Sala prawie całkiem już opustoszała. Eleanor stała nad nim, oparta o ławkę z przodu, a w rękach trzymała podręcznik i swój duży zeszyt na spirali porozdzielany zakładkami na notatki z różnych przedmiotów. Louis zdał sobie sprawę z tego, że wykład się skończył, więc sam wstał i zgarnął z blatu ławki zeszyt, który swoją drogą tak naprawdę był jego zeszytem od francuskiego jeszcze z liceum, i długopis, który z kolei nawet nie należał do niego.
Kiedy oboje wychodzili z sali, Eleanor wymamrotała pod nosem:
– Przysięgam, że jeśli do niego nie napiszesz, to zrobię to za ciebie.
– Że co? – Louis natychmiast otrzeźwiał, zszokowany. Czyżby mamrotał coś w swoim zamyśleniu, czy jego koleżanka posiadła moc czytania w ludzkim umyśle? O nie, ma przerąbane. Niedługo go zamkną za to, ile osób potrafi w myślach na niesamowicie wyrafinowane sposoby zabijać dziennie. – Nie mam pojęcia o czym mówisz.
– Ha! Czyli jednak – wykrzyknęła triumfalnie. – Wiedziałam. Widzisz, może i w twoim mniemaniu ślęczę całe życie nad książkami, ale znam się na tych sprawach. No to co to za jeden?
– Nie ma żadnego „jednego” – obruszył się automatycznie jak dziecko. – Już nie bądź taka mądra. I skąd ten pomysł, że niby chcę do kogokolwiek napisać?
– Może stąd, że przez ostatnie pół godziny gapiłeś się w telefon i stukałeś w wyłączony ekran? – zapytała rozbawiona, a Louis tylko prychnął.
– To nikt taki.
Minęli właśnie główne wejście i przeszli do drugiego skrzydła. Louis miał nadzieję, że tu się rozstaną, ale najwidoczniej Eleanor miała następne zajęcia w tym samym skrzydle, co on. Cholera.
– No to po co się zadręczasz? Napisz i już – powiedziała z oczywistością, wzruszając ramionami.
– No nie, bo to trochę skomplikowane i... Co to w ogóle za rozmowa?! – zahamował, potrząsając głową. – Co to ma być, liceum?
– Patrząc na ciebie, powiedziałabym raczej, że przedszkole. – Wywróciła oczami i nic więcej nie mówiąc, zostawiła go pod drzwiami sali, na której miał mieć teraz kolejny nudny wykład.

Wieczorem leżał na łóżku w swoim pokoju, zmuszając Zayna do słuchania koncertowego albumu Foo Fighters na replayu. Nie to, że zamknął go z wieżą z pokoju, czy przykleił mu słuchawki do uszu taśmą. Robił to raczej nieświadomie. A w każdym razie olewał ten fakt, nawet gdy Zayn „po raz setny” (w jego mniemaniu, choć Louis wiedział, że kiepsko u niego z liczeniem, odkąd zamiast dwóch dych, Zayn oddał mu tylko dychę i upierał się, że są już przecież kwita) pojawił się w drzwiach, wrzeszcząc, żeby ściszył to gówno, bo nie słyszy własnych myśli. Co za ściema, ty nigdy nie myślisz, odparł Louis w duchu ripostą godną dziesięciolatka.
Kiedy wyszedł ze złośliwym trzaśnięciem drzwiami, Louis z powrotem założył ręce za głowę i wlepił wzrok w sufit, rozkoszując się chwilą relaksu, zanim zostanie mu ona przerwana po raz sto pierwszy.
Tak naprawdę jednak nie dane mu było zrelaksować się ani na trochę. Cały czas coś zaprzątało jego umysł. Wystukiwał niespokojnie palcami chaotyczny rytm do lecącej z wieży piosenki i co chwilę tłumił w sobie ochotę sprawdzenia telefonu. Do cholery jasnej, co się z nim działo?! Grr.
Zgarnął komórkę z szafki nocnej i przegryzł policzek od środka w zastanowieniu.
Nie. Bez sensu. Nie i już.
Zamiast zrobić, co chciał zrobić, otworzył nową wiadomość i wystukał szybko:
Ja: najlepszy wspollokatorze pod słońcem przynies mi cos do jedzeniaa...
Czuł ogromną niemoc i niechęć. Najbardziej kuszącą wizją dzisiejszego popołudnia było spędzenie go w pokoju, ograniczając ruchy do minimum. Czyli do odpalania papierosów i przełączania piosenek, za którymi nie przepadał.
Odpowiedź przyszła już po paru sekundach.
Zayn: Ha ha ha dobre
Ja: wylacze muzyke obiecuje :(
Chwilę później drzwi otworzyły się i wleciała przez nie złoto-czerwona paczka jakichś słodyczy. Louis z zadowoleniem podniósł ją z łóżka i zawołał:
– Naiwniak!
Zaraz po tych słowach zapadła ogłuszająca cisza, kiedy muzyka przestała grać. Louis stuknął w górną pokrywę swojej wieży, marszcząc brwi. Była wyłączona. Zayn wyłączył prąd w jego pokoju. Co za nieufny pacan!
Prychnął w geście poddania i wrócił na swoje łóżko. Obejrzał z każdej strony wyciągniętego z paczki batonika i rozerwawszy aluminiowe opakowanie, odgryzł kawałek.
Mmm, marcepanowy.
Nagle rozdzwonił się telefon i Louis aż podskoczył na łóżku ze zdziwienia. Uderzył się pięścią w klatkę piersiową, bo prawie zakrztusił się jedzeniem i wygrzebał komórkę z pozawijanej pościeli. Mama.
– Halo?
– Louis, skarbie – odezwał się ciepły kobiecy głos. – Co u ciebie słychać?
Uspokoił się nieco i z powrotem położył na poduszkach, krzyżując w kostkach wyprostowane nogi.
– W sumie to nic. – Przełknął ostatni kęs batonika i rzucił papierkiem do kosza w kącie pokoju. Oczywiście nie trafił, podobnie jak z stosem innych śmieci, które leżały dookoła prawie pustego kosza. – To znaczy do niedawna było słychać, ale Zayn odłączył mi prąd w gniazdkach, bo nie chciałem wyłączyć muzyki. A co u was? Wszystko w porządku?
Zaniepokoił go telefon od mamy. Miała ona co prawda w zwyczaju dzwonić od czasu do czasu, kiedy nachodziła ją tęsknota za synem, ale zdarzało się to w porach popołudniowych, a teraz wybijała już prawie jedenasta.
– Tak, tak, spokojnie. Nie obudziłam cię? – Co to za pytanie, czy ona jeszcze w ogóle pamięta czasy swoich studiów? – Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że z babcią się trochę pogorszyło. Zawieźliśmy ją dzisiaj do szpitala, dopiero stamtąd wróciłam. Lekarze mówią, że to nic groźnego, ale muszę przełożyć przyjęcie na następny tydzień, bo w sobotę trzeba z nią pojechać na badania...
– Tyle planowania i teraz chcesz to odwoływać? Ja mogę ją zawieźć, mamo.
Louis bądź co bądź, jeśli chodziło o jego mamę, zawsze miał dobre serce. Johanna była jedyną kobietą w jego życiu, która się dla niego liczyła, w zasadzie to właśnie na niej zależało mu najbardziej i, chociaż przy innych zgrywał lekceważącego luzaka, dla niej był w stanie zrobić wszystko.
– Dziękuję, Boo Bear. – Skrzywił się na to przezwisko, ale nic nie powiedział. – Ale i tak wiesz, że nie byłabym w stanie się dobrze bawić w takiej sytuacji. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby miało cię nie być. Muszę w końcu poznać tą twoją dziewczynę.
Johanna zachichotała na nastolatka, która czeka na najświeższe ploteczki od koleżanki, a Louisa dobiły wyrzuty sumienia. Okłamywał ją. Nienawidził jej okłamywać.
– Jesteś pewna? – spytał uważnie, doszukując się czegoś w jej głosie. Nigdy nie wiadomo, czy kobieta faktycznie ma na myśli to, co mówi, czy tak naprawdę chciałaby czegoś zupełnie odwrotnego. To mogła być zasadzka.
– Na sto procent – odparła łagodnie, a Louis wyczuł, że się uśmiecha. – Przekaż swojej...
– Eleanor?
– Eleanor! Och, co za śliczne imię – uradowała się. – Tak, przekaż Eleanor, że nie mogę się doczekać, kiedy ją spotkam. W takim razie widzimy się za tydzień? – Louis przymruknął potwierdzająco. – Tęsknię za tobą. I dziewczynki też.
– Też za wami tęsknię. Pozdrów ode mnie te łobuziary. I daj znać na weekend, co z babcią.
– Dobranoc. Kocham cię, Boo Bear.
– Mamoo... – jęknął zażenowany, ale przerwał mu sygnał zakończonego połączenia.
Rozmowa z mamą zamiast podnieść go na duchu – w końcu nie musiał już w tym tygodniu odstawiać całej tej szopki z udawaną dziewczyną – jeszcze bardziej go przygnębiła. Reakcja Johanny na najdrobniejszą wzmiankę w tym temacie przyprawiała go o kłucie w żołądku. Była taka szczęśliwa, że jej syn znalazł sobie w końcu dziewczynę. Jak miałby przyznać się do tego, że to nieprawda? Nie zniósłby tego rozczarowania z jej strony. Jednak prędzej czy później musi jej powiedzieć. Albo on, albo Mark. A nie może pozwolić, żeby ten szmaciarz to zrobił, bo wtedy Louis zostanie z góry skreślony w jej oczach.
Co za gówno, pomyślał, zaczesując palcami włosy do tyłu i otworzył następnego batonika z paczki.

Następnego dnia rano, tuż po przebudzeniu, coś go tknęło. Może to przez te dziwne sny, które pewnie spowodowane były zjedzeniem tony cukru na noc, ale Louis obudził się z myślą, że musi się spotkać z Harrym. Nie miał ochoty ani cierpliwości bawić się w te dziwne gry. Musiał się z nim spotkać, musiał wiedzieć, co z nim. Jak minął mu tydzień i co robił. Czy widział nowy odcinek Doctora. Czy lubi pistacje. I czy jest na niego zły. Nie mógł już znieść tego, że mimo cholernego przyciągania do jego osoby, siłą starał się utrzymywać go na dystans w obawie, że za bardzo się narzuca.
Nie tolerował myśli, że Harry mógł znowu wrócić do swojego statusu „poddania się”.
Pierwszą rzeczą, którą więc zrobił, zaraz po wstaniu z łóżka i zrzuceniu razem z kołdrą papierków po batonikach, było znalezienie telefonu.
Kiedy już chwycił oboma rękoma urządzenie, przez chwilę wahał się, czy powinien zadzwonić, czy lepiej napisać. W rezultacie jednak nie dał swojemu rozumowi nawet rozpocząć debaty za i przeciw. Nie chciał czekać na odpowiedź, a dzwoniąc, otrzyma ją od razu.
Była dopiero siódma rano, ale Louis był przekonany, że Harry już nie spał.
Ubrał się szybko i nie zawracając sobie głowy sprawdzaniem, czy powinien zamknąć mieszkanie na klucz, czy Zayn dalej jest w środku, wyszedł na zewnątrz. Bez zastanowienia ruszył w kierunku obranego celu, ciągle ściskając w dłoniach telefon, na wypadek, gdyby zadzwonił. Przez całą drogę jednak nic takiego się nie stało, dlatego, kiedy wreszcie przystanął, niemal automatycznie odblokował ekran i wybrał numer do połączenia.
Po sześciu sygnałach włączyła się poczta głosowa.
Spróbował jeszcze raz. To samo.
No cóż. I tak już bardziej się nie zbłaźni, więc do trzech razy sztuka.
Wtedy usłyszał w słuchawce dwa sygnały, po czym zapadła cisza. Oznaczało to, że ktoś odebrał.
– Harry?
– H-hej...

29 komentarzy:

  1. http://pinkpoison-by-genowefa.blogspot.com/?m=1
    Fajny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajne. Czekam na następny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam i zaglądam co jakiś czas ♥ Trzymam kciuki za twoje chęci i czas poświęcony na dodawanie kolejnych rozdziałów
    ^.^ powodzenia i czekam nadal

    OdpowiedzUsuń
  4. Nareeeeeeszcie dbbehxbzbdvebxb

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy będzie kolejny rozdział?

    OdpowiedzUsuń
  6. Owowowwowowoww *O* Nie wiem jakim cudem przegapiłam notkę o rozdziale, ale na szczęscie przypomniałaś o nim na tt, więc oto jestem!
    W każdym razie bardzo podobało mi się to nawiązanie do marcepanu, takie delikatne, subtelne - że nikt nie lubi marcepanu, a Lewis to go by tonami żarł. Rozdział mi się podoba, ale już czekam na rozwinięcie akcji z Larrym, bo to larry i moje serduszko bije dla nich szybciej.
    W każdym razie świetnie napisane, nie mogę się doczekać kolejnego
    Buziaki,
    Carmen.

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowne, czekam z niecierpliwoscia na kolejny rozdzial jsjejxjdj

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy kolejny rozdział? ★★★
    Nie da się wytrzymać do kolejnego ...
    :c ja chcę next :v

    OdpowiedzUsuń
  9. *woaah*
    Wydaje mi się, że mijają lata ... a tu nie ma następnej części :
    Nie mam cierpliwości :( c:
    Ale cóż ja mogę na to poradzić ... ? :/

    OdpowiedzUsuń
  10. Zakochałam sie, naprawde fndnxnnsnf czekam na Larry Moment cnzncbrb

    OdpowiedzUsuń
  11. Bosze w koncu louis sie przelamal i zadzwonil do hazzy hshs
    Ale nie moge zniesc mysli ze harry umrze :( fajnie by bylo jakby zdarzyl sie cud i wyzdrowial.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie wytrzymuje już. ♥
    Kiedy nowy rozdział ;o xoxo :3
    Tak bardzo to kocham ... ( w sensie to opowiadanie :3 )

    OdpowiedzUsuń
  13. jak Harry umrze to ja wysocze z okna z placzu ok

    OdpowiedzUsuń
  14. Ej. Jest już 02.06. 2015 :c!
    Chcemy rozdział! ◇◆◇◆◇

    OdpowiedzUsuń
  15. Juz jest 07.06 :((((((((((((( czekamy

    OdpowiedzUsuń
  16. Jestem upierdliwa.
    Ta historia musi mieć kontynuację!
    :c
    Wchodzę tu codziennie :,)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ma, będzie miała, obiecuję i przepraszam na razie sloneczko, ale nie chcę też na siłę pisać tak byle czego :c dziękuję że cierpliwie czekasz ;*

      Usuń
    2. :3 na takie cudo warto czekać
      Jeśli nie masz na razie ochoty to masz rację, nie pisz na siłę.
      Pamiętaj, że czekamy :*
      Pozdrawiam i trzymam kciuki x

      Usuń
  17. Ja tu wchodze codziennie od marca :")
    Czekam cierpliwe, kocham bardzo to ff i nie moge doczekac sie kontynuacji.. Warto czekac sjzjxmrnwnbc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, co czujesz
      hsoapwdkdl ♥♥♥!
      Ja tak samo :D

      Usuń
    2. Kiedyś sie doczekamy :") <3

      Usuń
  18. O MOJ BOZE JAKIE CUDOWNE FF *……*

    OdpowiedzUsuń
  19. jestem zszokowana, pierwsze ff jakie przecxytalam o Larrym *=====* czekam na kontynuacje

    OdpowiedzUsuń
  20. Jestem na wyjeździe, biorę potajemnie fona, wchodze tu na to ff i nic ... Nic nowego 😰
    Ale czekam 💖💖💖
    Czekamy juz

    OdpowiedzUsuń
  21. + czekamy już kilka miesięcy ×_×
    <3

    OdpowiedzUsuń
  22. Ale super!!

    Zapraszamy na niesamowity fanfiction o Larrym! Jeśli się spodoba to zapraszamy do zaobserwowania i komentowania rozdzialow! <3

    50shadesoftomlinson.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  23. Jest wrześeń. 4.09 ...
    Nexta panienko chcemy!
    Ukochane moje ff ....
    Mam nadzieję, że dożyje nexta :c
    Jesteś świetna
    To ff jest świetne
    Każdy rozdział jest świetny
    A dalsze na pewno
    Bedą jeszcze bardziej świetne ....
    Nexta nexta chcemy

    OdpowiedzUsuń